Provided to YouTube by BookwireChapter 31.11 - Przez ucho igielne · Wioletta MilewskaPrzez ucho igielne℗ SAGA EgmontReleased on: 2022-07-29Artist: Wioletta M Andruty z chałwą. 1 opakowanie kwadratowych lub okrągłych andrutów, 25 dag dobrej chałwy (najlepiej czekoladowej), 1 kostka (25 dag) masła Posiekaj chałwę, utrzyj ją mikserem na gładką masę, powoli dodając miękkie masło. Gdy powstanie puszysty krem, przełóż nim wafle, przyciśnij deseczką i obciąż paroma książkami. Niekontrowersyjni, niepolityczni, w trzech przypadkach na cztery pamiętani przez zwykłych mieszkańców miasta. Nic dziwnego, że te propozycje wsparli swoim autorytetem aktor Mirosław Baka, sportowiec Leszek Kucharski i fotoreporter Maciej Moskwa. Poprosiliśmy także o wasze typy patronów dla tramwajów. Wśród wielu propozycji Spotkanie z człowiekiem poszukującym zbawienia jest dla Jezusa pretekstem do wygłoszenia nauki: Jak trudno jest bogatym wejść do królestwa Bożego. Uczniowie zdumieli się na Jego słowa, lecz Jezus powtórnie rzekł im: Dzieci, jakże trudno wejść do królestwa Bożego . Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż Dnia 2021-09-22 o godz. 14:41 ~Meth napisał(a): > Na JR OZE czeka na 70 było 30, na CLC OZE czeka na 200 było 100, na SNG OZE czeka na 10 to będzie 5, mi pasuje. kata sindiran buat orang serakah harta warisan. Mam 40 lat, panna z dzieckiem (dziecko to największy dar od Boga jaki dostałam, chociaż nie mam męża). Od momentu poczęcia samotna matka. Przez wiele lat uciekająca przed facetami, nie szukająca w ogóle kontaktu, żyjąca tylko i wyłącznie dla dziecka. Ale dziecko rosło, coraz mniej mnie potrzebowało. Zaczęłam się rozglądać tu i tam… Czasem pojawiał się jakiś mężczyzna, ale jednak albo żonaty, albo zainteresowany przelotnym związkiem… Mijały lata. Dziś dziecko ma lat 10 i potrzebuje ojca. Ja potrzebuję męża. Kogoś, kto by się nami obojgiem zaopiekował. W końcu. Pragnę mieć szczęśliwą rodzinę, pełną dzieci, śmiechu i wrzasku. 2 lata temu modliłam się NP o dobrego męża. Jedną nowenną całą, drugą która była w intencji mojej znajomej – niestety przerwaną. Ta modlitwa wówczas nie została wysłuchana. Ale rok temu poznałam bardzo interesującego mężczyznę – 44 lata, kawaler, dobrze wychowany, wykształcony rolnik (dla mnie to bardzo ważne, bo ja też pochodzę ze wsi). Mieszkający ze swoją matką, pełniący ważne funkcje w swojej społeczności. Religijny, chodzący na pielgrzymki do Częstochowy tak jak i ja. Niestety dzieliły nas kilometry. Bardzo dużo kilometrów….Bardzo często do mnie dzwonił, a ja chętnie z nim rozmawiałam. Czułam że coraz bardziej się do niego przyzwyczajam… że się zakochuję. Cały czas się modliłam min. do świętego Charbela, a także zwykłym różańcem i koronką do Miłosierdzia Bożego, abym się nie zakochała bez wzajemności, aby moje uczucie było odwzajemnione. Wierzyłam, że to może to… Odkąd urodziłam dziecko naprawdę bardzo na wodzy trzymałam swoje uczucia… Do tego momentu. I wszystko było jak najpiękniej, miałam tyle nadziei, że to się potoczy dalej, że my będziemy razem w pięknej relacji z czasem narzeczeńskiej czy małżeńskiej….Jednak w lipcu on zaczął się wycofywać, kontakt był coraz rzadszy. Nie umiałam się z tym pogodzić. W sierpniu byłam na pielgrzymce, już nie pamiętam dokładnie intencji, ale chyba to było o naszej relacji. I nic. Minęła pielgrzymka, minął sierpień. A on był jak zadra w moim sercu. Popadłam w depresję, chociaż mam przecież dla kogo żyć i się cieszyć. Nie umiałam się pogodzić. Czekałam ciągle na telefon, bo jednym z ostatnich jego słów było: zadzwonię…. Nie umiałam zrozumieć co się stało i dlaczego nie dzwoni. Chciałam od niego jakichś wyjaśnień… Pisałam smsy, że przecież chyba zasługuję na to, żeby mi powiedział szczerze o co chodzi. Czy naprawdę o te kilometry? Śnił mi się w nocy…. On nie dzwonił a ja wbrew wszystkiemu czekałam na telefon od niego. Na jakieś wyjaśnienia… 3 września rozpoczęłam nowennę o dobrego kochającego męża. Cały czas mając nadzieję, że Bóg za sprawą Maryi uzdrowi tę właśnie relację. Nowennę skończyłam 27 października ( nie stało się nic w tej kwestii tzn całkowita cisza z jego strony) i jednocześnie 27 października rozpoczęłam kolejną o pojednanie z tym człowiekiem… Nawet nie wiem czy on zdaje sobie sprawę, jak bardzo mnie zranił… A najbardziej to chyba to, ze zniknął bez słowa… Na razie to jest piąty dzień tej drugiej nowenny, więc powinnam się może jeszcze uzbroić w cierpliwość… Odkąd zaczęłam odmawiać NP zniknął pewien bardzo poważny problem (który był dla mnie uzależnieniem i z którym walczyłam od lat). Jedyny widoczny dla mnie skutek nowenny. Wierzę, że Bóg da mi w końcu męża a mojemu dziecku ojca. Bo ja wszystko robię sama, dziecko, praca, odmawiam Nowennę, daję jałmużnę, modlę się za zmarłych i za konających, powstrzymuję się od posiłków 1 dzień w tygodniu, i już po prostu nie mam siły… jestem taka bliska zwątpienia… StartListy od CzytelnikówIwona: Prośba nie wysłuchana ucho igielne Definicja w słowniku polski Definicje furtka dla czegoś, opcja rozwiązania jakiejś trudnej sytuacji, ciężka do przejścia, ale dająca możliwości Dla wielu pisarzy okresu socrealizmu zagraniczne czasopisma były uchem igielnym, przez które mogli się oni przedostać do współczesnego czytelnika. ograniczenie, przeszkoda, które stoją na drodze do osiągnięcia jakiegoś celu Właściwe wypełnienie tego zadania jest trudne jak przejście przez ucho igielne. Firma, która chce wziąć udział w zamówieniu publicznym, musi się najpierw przecisnąć przez ucho igielne przetargu. zwężenie, miejsce, przez które trudno przejść O szóstej obszerna brama klasztoru zmienia się w ucho igielne, przez które cisną tłumy. Przykłady A nadto powiadam wam: Łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do Królestwa Bożego” (Mat. Twierdzisz, że bogaci nie przejdą przez ucho igielne. Literature Bóg, który zmusi zabójców do przejścia przez ucho igielne. Jezus mówił, że łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogaczowi przejść przez bramę prowadzącą do nieba. Literature " Kawalki mego serca przejda przez ucho igielne " opensubtitles2 Gdy przejdziemy przez ucho igielne trzeciego testu, będziemy mogli przystąpić do ciągłej produkcji. Literature Czy nie wspominałeś kiedyś w kazaniu o wielbłądzie i uchu igielnym? Literature Pieniądzom spekulantów trudniej się przedostać do najlepszych salonów niż wielbłądowi przejść przez ucho igielne. Literature Anglik mi coś kiedyś przeczytał z książki: „Miłość jest czymś tak drobnym, że może przejść przez ucho igielne”. Literature Łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż komukolwiek po- życzyć samochód od ojca. Literature W FSK nie ma kompletnych debili, na to ucho igielne przy przyjmowaniu jest zbyt wąskie. Literature Przeszedł przez ucho igielne i żył! Literature Dyrektor splótł palce i położył dłonie na biurku, nieświadomy tego, że właśnie przecisnął się przez ucho igielne. Literature Wygłaszał kazania o bogatym mężczyźnie i o uchu igielnym, ale lubił mieć pieniądze. Literature Oto sztuka wojowników w podróży: przejść przez ucho igielne nie zauważonym. Literature Będziecie podróżować z bagażem tak lekkim, że zdołacie przejść przez ucho igielne. Literature 15 ‛Przeciskanie się przez ucho igielne’ jw2019 Wielbłąd rozczarowania utknął w uchu igielnym próby zrozumienia sytuacji Literature Książkę tę, ciągnął, pragnie zatytułować Ucho igielne. Literature Jeśli przejdzie przez to ucho igielne, zostanie zapisana w pamięci długotrwałej. Literature Dostępne tłumaczenia Autorzy Z funkcji przewodniczącego Rady Powiatu Jasielskiego zrezygnował Grzegorz Pers. Ustąpili też wiceprzewodniczący Anna Bialik i Jan Lazar. Kto ich zastąpi? Zdjęcie: archiwum Przypominamy, że w lipcu odbyła się sesja, podczas której miało dojść do odwołania przewodniczącego i wiceprzewodniczących, jednak wówczas tak się nie stało. Wniosek złożony przez radnych Prawa i Sprawiedliwości został zdjęty z porządku obrad. Dzisiaj sami złożyli rezygnację. O szczegółach będziemy pisać wkrótce. red Napisany dnia: 10:26 Wiesz coś ciekawego? Poinformuj nas o tym! Wiesz coś, o czym my nie wiemy? Chcesz podzielić się z nami informacjami? Napisz do Redakcji lub wypełnij poniższy formularz. Według wielu wspinaczy w Polsce istnieje w zasadzie tylko jedna skała – Pochylec. By zobrazować, co kryje się za tak śmiałą tezą, trzeba spróbować nakreślić charakter tamtejszych pasaży. Za przykład podam drogę czy też kombinację dróg o nazwie Odlot Proroka, która jest wyceniona na (7c+). Droga ma około 60 przechwytów, z czego mniej więcej 30 prowadzi do tak zwanego „restu” (dwa większe chwyty w połowie skały), kolejne 10 do tzw. „płucek” (pionowy chwyt w charakterystycznym kształcie), a dopiero kolejne stają się ewidentnie trudne, rozpoczynając cruxa w okolicy przechwytu nr 45, co stanowi o wycenie całości. Dodam, że do ,,płucek” teren mógłby być wyceniony spokojnie na może nawet z łamańcem na 4. Nie ma to jednak większego znaczenia. Na Pochylcu chodzi bowiem o ciąg trudności i wspinanie jako ruch, który jest choć minimalnie podobny do zachodniego. To przecież tu, od wiosny do jesieni znajdziemy, jak nigdzie indziej na Jurze (no, może jeszcze w Jaskini Mamutowej), wiszące na stałe ekspresy. Dojazd i miejsce pod skałą Pochylec znajduje się w Dolinie Prądnika przy drodze nr 773, tuż obok skrzyżowania tej drogi i odnogi prowadzącej do Ojcowa. Jest to ważna informacja, bowiem skała jest na granicy Ojcowskiego Parku Narodowego. Wspinając się tu, trzeba o tym pamiętać, by nie zniszczyć wypracowanych zezwoleń i porozumień dotyczących ruchu wspinaczkowego na tym kawałku wapienia. Parkujemy na poboczu lub na utwardzonym terenie tuż pod skałą. Jako, że zderzak nieomal dotknie drewnianych tarasów, to i o nich słów kilka. Kilka lat temu dzięki inicjatywie “Nasze Skały” bardzo niekorzystny teren w okolicy startów do dróg zamienił się w wygodne drewniane plateau. Pojawił się też toi-toi, który jest regularnie czyszczony. Patrząc przez pryzmat relacji środowisko wspinaczkowe – Park Narodowy jest to rewelacyjne rozwiązanie. Podobne działania można spotkać w wielu rejonach zachodnich (np. w Arco). Pochylec (fot. Kamil Żmija) Wszelkie głosy o niszczeniu natury są w tym miejscu całkowicie bezzasadne z uwagi na sąsiedztwo wspomnianej już drogi nr 773. Dla kierowców ciężarówek bywa ona darmowym ominięciem tzw. drogi olkuskiej. Domyślacie się, że ciszy pod Pochylcem po prostu nie ma. Można podziwiać Scanie, Steiery, traktory i kombajny, usłyszymy także wszelkie motocykle, quady i inne bolidy. Nie ominą nas też charakterystyczne pogwizdywania turbin samolotów lądujących w Balicach. A jeżeli jednak “usłyszymy” tu ciszę, to oznaczać będzie, że albo jest środek nocy, albo pomyliliśmy skały. Cisza jest tu unikatem. Półżartem mógłbym zaapelować raczej o ekrany akustyczne niż próbować komuś wmawiać, że jadę na Pochylec poobcować ze środowiskiem naturalnym. Wiadomo bowiem, że hałas wynikający z bliskość drogi nie jest atutem Pochylonego. Zapewne każdy wolałby, aby to cudo Jury stało w środku lasu, nawet niekoniecznie z tarasami. Drogi na Pochylcu – rys historyczny Odkrycie Pochylca przypisywane jest Ricowi Malczykowi i jego ekipie. Pokonali (może Rico pokonał – nie wiadomo do końca) na wędkę najpewniej Kocią kołyskę i Odlot Prowadzenia tych dróg nadeszły wraz z kolejnym pokoleniem czyli Nową Falą i Andrzejem Marciszem. Kolejno powstały też: Prostowanie Odlotu oraz sztandarowa Shock the Monkey W związku z tym, że terenu zaczęło brakować zaczęto do istniejących linii dokładać ograniczniki, często bardzo umowne. W ten sposób powstały: Pier…lony ogranicznik oraz Ekspozytura szatana (poprowadzona przez Piotrka „Szalonego” Korczaka). Pierwsze kobiece przejście Ekspozytury należy do Iwony Gronkiewicz – Marcisz (1997r). Z czasów Nowej Fali pochodzi również Powerplay wymyślony i przewędkowany przez wspomnianego już Andrzeja Marcisza, ale poprowadzony dopiero przez Sebastana „Ziejkę” Zasadzkiego (1995 r.). Było to wydarzenie symboliczne w polskim ogródku wspinaczkowym. Oznaczało zmianę pokoleniowej warty na kolejną, czyli na „Dzieci Korony”. Pierwszą kobietą, która pokonała Powerplay była Ola Taistra (2004 r.). Kolejne pokolenia także dokładały swoje trzy grosze do Pochylca, mimo że wydawać by się mogło, że skała jest już zapełniona wariantami i wariancikami. Ostatnią jak na razie drogę wytyczył tam Piotrek Schab i jest to Batalion skała (2012 r.). W 2016 r. tę drogę pokonała nasza redakcyjna koleżanka Kinga Ociepka – Grzegulska. Pochylec – ciekawostki Nazwa Odlot pochodzi od wędkowania tej drogi. Zawodnik, który odpadał w jej dolnej części doznawał rzeczywistego odlotu w stronę lasu. Zdarzyło się nawet skoszenie jakiegoś drzewa. Wojtek Kurtyka chciał pierwotnie nazwać drogę Wzlot jako Wzwód. Profil Pochylca jest dość charakterystyczny. Charakterystyczny profil Pochylca (fot. autor) Pewnego dnia 1996 roku skałę przeciął jak przecinak Marcin Bartocha, prowadząc w jeden dzień Ogranicznik Filar Pochylca i Ekspozyturę szatana Do dziś jest to wydarzenie budzące ogromny respekt, zwłaszcza że przeciętny zawodnik jest w stanie na Pochylcu oddać jedynie trzy, może cztery sensowne próby w ciągu dnia. W 2017 r. Adam ,,Gaduła” Karpierz pokonał w ciągu jednego dnia Odlot Kiełbasy oraz Nie Dla Psa Kiełbasa Fałszywy Prorok RP, Niepopier…ony Odlot Stefan Madej kilka dni później dołożył kolejną łańcuchówkę prowadząc w jeden dzień Batalion skała Filar Pochylca Fałszywy prorok i Shock the Monkey oraz w ramach rozgrzewki Odlot proroka Mimo, że wymienieni wyżej wspinacze znali lub powtarzali część z pokonanych dróg, to można śmiało powiedzieć, że są to wyczyny ,,z kategorii science fiction”. Do dziś w Polsce występuje teza, że prędzej słoń przejdzie przez ucho igielne niż słaby zawodnik poprowadzi Shocka Według szacunkowych danych liczba zawodników, która do dziś (czerwiec 2017 r.) poprowadziła Shocka może powoli dobijać do 80, a może nawet 100. Trzecie przejście Shocka zrobił Wojtek Kurtyka (pokolenie tzw. „Kaskaderów”). Istnieją zawodnicy, którzy rozgrzewają się na Shocku. Adam Pustelnik poprowadził Prostowanie Odlotu z ogromnym piorunem w stylu OS, wyceniając na 7c ( Podobno wszystko mu się tam zaginało. Na szczęście nikt jednak przeceny nie potraktował poważnie. Olek Król zjeżdża po poprowadzeniu Fałszywego Proroka (fot. autor) Stali bywalcy Pochylca swego czasu nie chcieli zaliczyć Nie dla psa kiełbasa autorowi tej drogi. Ponoć łapał się chwytu, którego nie można. Wiele chwytów ma swoje nazwy, oprócz wspomnianych „płucek”, jest też na przykład „ul”, który na Shocku łapie się jedną ręką, a na Ekspozyturze drugą. Na Pochylcu nie ma ograniczników…. to oczywiście żart, ale na większości dróg nie są tak nielogiczne, jak myśli większość osób. Tak czy tak, przejście drogi trudniejszej niż warto przed wpisaniem na jako „soft” skonsultować ze znawcami patentów. Natomiast Fałszywy prorok faktycznie nie ma żadnych ograniczeń, taka była też idea jego wytyczenia. Wspinanie na Pochylcu Zasadnicza ściana tylko rano znajduje się w słońcu, co jest zaletą. Jednak wiosną i jesienią będziemy od godziny 19:00 borykać się z charakterystyczną wilgocią pokrywającą skałę. Pochylec bywa oblegany, ale z uwagi na dość wysoko postawioną poprzeczkę trudności, a przez to sportową atmosferę na tarasach, dogadanie się z innymi wspinaczami, co do kolejności wiązania się liną, jest dość łatwe. W ciągu sezonu pod Pochylcem przewijają się zwykle te same twarze. Najłatwiejszą drogą jest Krecia robota znajdująca się całkiem z lewej strony skały. Jak na realia Pochylca nie jest zbyt urodziwa, natomiast postawiona na każdej innej skale wzbudzałaby spore zainteresowanie. Natomiast jak każda ,,pochylcowa” droga, odsiewa wspinaczy szukających szemranek – widziałem już tam niejednego zawodnika, chwalącego się tajemnymi drogi o wiele wyższej wycenie, który miał problem z przehaczeniem Kreciej roboty. Całkiem z drugiej strony, na ścianie, która w słońcu znajduje się po południu, jest Kaszalot i Wzlocik Niech nikogo nie zmylą niepozorne nazwy. Kasia Wrona prowadzi Kocią kołyskę (fot. autor) Na prawo od Kreciej roboty umiejscowiona jest jedna z najładniejszych dróg o wycenie w naszym kraju – Kocia kołyska. Jeżeli dodać ogranicznik u góry dostanie ona pełne Dalej to w zasadzie kilka i trudniejsze, wymienione wyżej propozycje, których tu reklamować nie trzeba, bo stanowią one najwyższe standardy wspinania w Polsce. Pamiętajmy, że aby uniknąć nerwowej atmosfery na tarasach w dobrym tonie jest nie patentować za długo Odlotu, ponieważ to właśnie nim startuje kilka dróg i kilka kombinacji. Wspinanie na Pochylcu jest rytuałem. Droga na Pochylec, prowadząca od strony Olkusza przez jedną z najładniejszych dolin w Polsce, tuż obok zamku w Pieskowej Skale i Maczugi Herkulesa, sama w sobie jest atrakcją. Metry na Pochylcu są, jak chyba nigdzie indziej, szansą na rozwój sportowy, bo zawsze przekładają się na każdą inną skałę (może oprócz Cim w Podzamczu). Na Pochylcu jest też szansa, by podpatrzeć jak wspinają się najlepsi w kraju, co często bywa pouczające. Warto też odwiedzić Pochylec, choćby jeden raz, by ocenić swój rzeczywisty poziom wspinaczkowy. Kiedy Alain Mabanckou spóźniony o dwa miesiące dotarł wreszcie na wykład, przez salę gromadzącą trzystu studentów przemknął pomruk. Przez pomyłkę wszedł drzwiami zarezerwowanymi dla wykładowcy, w dodatku w letnim ubraniu, mimo że za oknem panowała już zima. Omiótł wzrokiem amfiteatralną salę i zauważył trzech czarnych studentów. Siedzieli skupieni w grupce, „jakby się bali, że biali Europejczycy zaraz zjedzą ich na surowo”. Trafił idealnie. Wykład (na wydziale prawa uniwersytetu w Nantes) dotyczył akurat jego przypadku. Osoby, której rodzice nie zrzekli się narodowości francuskiej po odzyskaniu przez ich kraj, będący wcześniej kolonią, niepodległości, mogły ją uzyskać w procesie reintegracji. W tym celu każdy frankofoński Afrykańczyk musiał zwrócić się do urzędu o kopię aktu urodzenia właśnie w Nantes, mieście, które w XVIII w. było jednym z największych ośrodków handlu niewolnikami. „Wracamy na pole startowe!” – kwituje z uśmiechem Alain Mabanckou, przywołując pierwsze dni swojego pobytu we Francji. Kim jestem? „Do urzędu szło się jak do kostnicy w celu identyfikacji zwłok. To cena, jaką trzeba było zapłacić, aby zostać uznanym przez ten kraj”. Po roku Kongo przestało finansować stypendium. Pieniądze – zgromadzone z trudem oszczędności – przesłała Alainowi matka. Po wymianie franków z afrykańskich na francuskie wystarczyło na jedną kanapkę. „Urodziłem się w Kongo, studiowałem we Francji, wykładam w Kalifornii. Jestem czarny, mam francuski paszport i zieloną kartę. Kim jestem? Trudno mi powiedzieć. Nie zgodzę się jednak na to, by definiować mnie przez resentyment i łzy” – pisze Mabanckou w cytowanym już wyżej zbiorze esejów i tekstów autobiograficznych „Le sanglot de l’homme noir” (Płacz czarnego człowieka). Zbiorze, dodajmy, bardzo dla niego charakterystycznym, bo od początku do końca zakotwiczonym w literaturze. Poszczególne teksty odwołują się do dzieł już istniejących i wchodzą z nimi w twórczą dysputę, przypominając jednocześnie ich tytuły – zaczynając od parafrazy książki Pascala Brücknera „Płacz białego człowieka”, poprzez „Zabójcze tożsamości” (Maalouf), „O duchu praw” (Monteskiusz), „Obowiązek przemocy” (Ouologuem), aż po „Afrykę widmo” (Leiris). Rzeczywiście, Mabanckou jest ostatnim, który miałby ochotę patrzeć w przeszłość, z dumą wskazując w Afryce najstarsze źródła cywilizacji czy też celebrując nieszczęścia czarnych niewolników. Jest też jednak ostatnim, który chciałby od tego całkowicie uciec i zrównując wszystko z ziemią, mierzyć w przyszłość. On lubi widzieć rzeczy w całym ich zawikłaniu i złożoności. Swoim pisarstwem Mabanckou próbuje kruszyć betonowe mury stereotypów i tabu, które otaczają Afrykę oraz czarnego człowieka – na kontynencie afrykańskim i poza nim. Mury, zaznaczmy, wzniesione zarówno przez Europejczyków, jak i samych Afrykanów. Jeszcze będąc studentem w latach 80., krytycznie oceniał demonstracje swoich kolegów żądających lepszych warunków życia, jakie – w podtekście – miały im się należeć w ramach rekompensaty za cztery wieki poniżenia. Zdaniem Mabanckou tego rodzaju postawa, bazująca na resentymencie i podbijająca bębenek doznanych w przeszłości krzywd, w gruncie rzeczy tylko utrwala relację opartą na przemocy. Nie można puścić w niepamięć okresu niewolnictwa i kolonizacji ani zlekceważyć winy Białych, trzeba jednak spojrzeć na rzecz uczciwie, nie przemilczając odpowiedzialności, jaką ponoszą sami Afrykanie. Kolonizacja bis W jednym ze wspomnianych esejów oraz w powieści „Black bazar” Mabanckou przywołuje historię malijskiego pisarza Yambo Ouologuema, który swoim „Obowiązkiem przemocy” otworzył drogę dla nowej literatury afrykańskiej, bardziej odważnej, wewnętrznie niezależnej, mniej skrępowanej wymogami politycznej poprawności. W swojej książce, wydanej w 1968 r., Ouologuem jako pierwszy złamał tabu i napisał o współudziale Afrykanów (Czarnych i Arabów) w handlu niewolnikami. Zrobił to w czasach, kiedy obowiązywał zgoła inny styl. Afrykańscy pisarze starali się wtedy opiewać zalety własnej cywilizacji, która została zdeptana przez okrutnych kolonizatorów. Ouologuem zebrał pochwały recenzentów i jako pierwszy frankofoński pisarz z czarnej Afryki otrzymał prestiżową nagrodę Renaudot (niespełna 30 lat później odebrał ją także Alain Mabanckou). Niedługo potem wydawnictwo Seuil wycofało ze sprzedaży cały nakład, uzasadniając to polemikami, w których pojawiały się oskarżenia o rzekomy plagiat. „Zastanawia milczenie samych Afrykanów w tej sprawie, zwłaszcza głucha cisza ze strony piewcy négritude, Léopolda Sédara Senghora – pisze Mabanckou. – Czy mogli jednak bronić kogoś, kto tak bezczelnie dekonstruował historię Afryki?”. „Obowiązek przemocy” wznowiono we Francji dopiero w 2003... Najbardziej jak dotąd krytyczną wobec Afrykanów powieścią Mabanckou jest „Black bazar”, w której sportretował środowisko czarnej mniejszości żyjącej w Paryżu. Akcja toczy się w dzielnicy la Goutte d’Or, znanej z tego, że zamieszkiwana jest głównie przez Czarnych. Wbrew temu, co sądzi biała większość, społeczność ta nie jest żadnym monolitem, to kulturowa mieszanka, obejmująca przybyszów z dawnych kolonii, ich dzieci i wnuki, najczęściej urodzone już we Francji, a zatem czarnych Francuzów oraz nowych imigrantów z Afryki i Antyli. I właśnie tę wielokulturowość i heterogeniczność czarnej mniejszości portretuje pisarz, ukazując przy okazji niezwykłą różnorodność ludzkich losów, postaw i stylów życia. Są tu i świeżo przybyła z Konga dziewczyna wystawiona do wiatru przez pobratymców, którzy wzięli od niej pieniądze, obiecując mieszkanie, i rozbijająca się drogimi samochodami córka ministra Gabonu, i Arab prowadzący sklepik, i Martynikanin oszalały z nienawiści do Czarnych. Ową kulturową mozaikę poznajemy z perspektywy narratora, kongijskiego imigranta z literackimi ambicjami. Tym, co daje się odczuć najsilniej, jest nieświadome podtrzymywanie przez czarną społeczność wytworzonych przez Białych uprzedzeń rasowych, najczęściej zresztą odnoszących się do sfery cielesności i seksualności. Bohaterowie nie przestają oceniać nawzajem swojej sprawności seksualnej, a związek z białą kobietą jest w ich oczach awansem społecznym, który na zewnątrz przedstawiają jako akt zemsty na dawnym kolonizatorze. Będąc dumnymi Afrykanami, wstydzą się ciemnego koloru skóry i bez umiaru stosują „produkty do demurzynizacji” (sprzedaje je z dużym powodzeniem narzeczona bohatera, Pierwotna Barwa). Wszystko, co robią, robią wbrew Białym, wobec Białych, w stosunku do Białych. Kolonizacja wcale się nie skończyła – zdaje się mówić Mabanckou – jest wciąż żywa w naszych głowach, czas ją wreszcie przerwać. Wolność, równość i braterstwo, ale nie u nas Dekonstruując mechanizmy wewnętrznego zniewolenia Czarnych, autor „Kielonka” nie pozostaje także bezkrytyczny wobec Białych, w bezmyślny i pełen ignorancji sposób podtrzymujących dawne uprzedzenia. Jego powieści obfitują w historie kompromitujące białą społeczność, która wciąż jedną nogą tkwi w czasach kolonizacji i nie przyjęła do wiadomości epokowych zmian. Mabanckou przedstawia to w typowym dla siebie, kpiarskim, prześmiewczym stylu, dającym mu dużo większą swobodę, niż gdyby chciał rzecz wyrazić ze śmiertelną powagą. Kiedy jeden z bohaterów „Kielonka” przychodzi z wizytą do rodziców swojej białej narzeczonej, ci witają go pytaniem, czy pochodzi z Konga belgijskiego, czy też francuskiego. A gdy narzeczona daje im delikatnie do zrozumienia, że kolonie należą już do przeszłości i że chodzi o Republikę Konga, jej ojciec wykrzykuje radośnie: „jasne, że z Konga, z naszej pięknej reprezentacyjnej byłej kolonii, podczas okupacji generał de Gaulle uczynił nawet Brazzaville stolicą wolnej Francji, ach, Kongo, tak, ziemia ze snu, ziemia wolności”. Przy całej, skądinąd szalenie protekcjonalnej, sympatii dla gościa („powiedzieli też, że lubią głęboką Afrykę, Afrykę autentyczną, Afrykę tajemniczą, sawannę, czerwoną ziemię, dzikie zwierzęta, które brykają po rozległych równinach”) w niejaką konsternację wprawia ich myśl, że miałby on zostać członkiem ich rodziny. Tymczasem francuskie społeczeństwo jest dziś złożone z Europejczyków (Mabanckou przypomina, że większość imigrantów we Francji pochodzi z Europy, a nie z innych kontynentów), a także z Antylczyków, Gujańczyków, Haitańczyków, Afrykanów i mieszkańców wyspy Réunion. Francuska konstytucja gwarantuje im wszystkim wolność, równość i braterstwo, jednak codzienna praktyka daleka jest od zapisów prawa. „W historii byliśmy »dzikimi«, potem »tubylcami«, następnie jako »strzelcy« braliśmy udział w europejskich wojnach, zanim zrozumieliśmy, co miał na myśli Biały, kiedy wypowiadał słowo »Negrµ” – pisze Mabanckou w eseju „O duchu praw”. Czarni musieli dopiero odwrócić znaczenie tego słowa i przekuć je w swój oręż, tworząc négritude, jeden z najważniejszych ruchów intelektualnych w dziejach tej społeczności. Dziś – mówi nie bez goryczy Mabanckou – Czarni stali się po prostu „imigrantami”, nawet jeśli całe życie przeżyli na terytorium francuskim, będąc, wedle prawa, zwykłymi Francuzami. Czyj francuski? Wśród afrykańskich pisarzy odżywa dziś dyskusja, czy uprawnione jest tworzenie w języku dawnego kolonizatora, czy wybór tego języka nie jest przedłużeniem kolonizacji, gestem bezradności lub przejawem rynkowego koniunkturalizmu. Mabanckou zachowuje w tej kwestii nieobciążony ideologią pragmatyzm. Przyjazd do Francji był dla niego okazją do konfrontacji z innym językiem francuskim niż ten, którego nauczył się w Kongo. Innym oznaczało w tym wypadku – prostszym, uboższym, bardziej potocznym. Zdaniem kongijskich studentów Francuzi mówili niedbale, posługiwali się niewielkim zasobem słów, a ewolucja języka, na którą się powoływali, była jedynie wymówką skrywającą szczególnego rodzaju lenistwo. Alain i jego koledzy nauczyli się francuskiego nie od rodziców, lecz dopiero w szkole, z książek. Mówili więc językiem starannym, jak na francuskie ucho nieco archaicznym, a w każdym razie na pewno zbyt wyszukanym, zbyt – powiedzmy to wprost – literackim. Zabawną aluzję do tego faktu znajdujemy w „Kielonku”, kiedy to „Murzyni z kancelarii prezydenta” piszą do jedynego czarnego członka Akademii Francuskiej „długi list, używając poprawnych form czasu zaprzeszłego, było tam nawet kilka poruszających fragmentów heksametrem”. Mabanckou przypomina, że francuski już dawno przestał być własnością Francuzów, mało tego, jego najbardziej ożywczy nurt płynie w literaturze tworzonej przez autorów spoza Francji („francuski to wcale nie jest długa spokojna rzeka, to raczej rzeka, której bieg można zmienić” – mówi bohater „Kielonka”). W jednym z esejów autor przywołuje nazwiska najwybitniejszych pisarzy francuskojęzycznych, takich jak Ahmadou Kourouma z Wybrzeża Kości Słoniowej, Sony Labou Tansi z Konga i Patrick Chamoiseau z Martyniki, i zastanawia się, czy za gestem ucieczki od francuszczyzny, postulowanym przez niektórych afrykańskich autorów, nie kryje się niedostatek talentu... „Skoro dla niektórych określenie »pisarz frankofoński« to za wiele, pozostańmy po prostu przy określeniu »pisarz«” – proponuje. Pisanie uczciwe Prawdziwym problemem jest, zdaniem Mabanckou, nie tyle pisanie po francusku, ile pisanie uczciwe, abstrahujące od oczekiwań czytelników. Problemy z dystrybucją książek w Afryce i ich wysokie, jak na tamtejsze realia, ceny, sprawiają, że odbiorcami literatury tworzonej przez pisarzy pochodzących z Afryki są najczęściej Europejczycy. Większość z nich szuka w niej potwierdzenia własnych wyobrażeń o „mitycznym” kontynencie, owej „głębokiej Afryce, Afryce autentycznej”. Ich oczekiwania znakomicie podsumowuje Kenijczyk Binyavanga Wainaina w tekście „Jak pisać o Afryce”, w którym udziela on autorom kilku prostych rad: „Wśród bohaterów musisz zawsze uwzględnić Głodującą Afrykankę, która snuje się niemal nago po obozie uchodźców i czeka na pomoc z Zachodu. Jej dzieciom muchy siadają na powiekach i rosną im brzuchy z głodu. Piersi ma sflaczałe > > i pozbawione pokarmu. Musi wyglądać całkowicie bezradnie. Nie może mieć przeszłości ani historii; tego typu dygresje niszczą dramatyzm chwili” (tłum. Anna Mirosławska-Olszewska, „autoportret” nr 4/2009). Kenijski pisarz radzi też autorom, by nie zapominali o uroku bezkresnych afrykańskich przestrzeni i dzikich zwierzętach (najlepiej, żeby mówiły ludzkim głosem) oraz by unikali pokazywania bohaterów w zwykłych i codziennych sytuacjach, np. kochających się rodzin, dzieci posyłanych do szkoły. Doradza również użycie niektórych słów, jak np. „niezmienny”, „pierwotny” oraz „autentyczny”. Mabanckou postępuje oczywiście dokładnie odwrotnie, wywracając na nice gorset czytelniczych oczekiwań. Sięgając nieraz do owego podręcznego zestawu środków, prowadzi z odbiorcą zuchwałą grę, w której za pomocą żartu, ironii, satyry, rozbija afrykański mit, proponując zgoła inny, zaskakujący obraz rzeczywistości. W jego powieściach nie ma miejsca na wyrozumiałość wobec intelektualnego lenistwa i sprawdzone formułki. Zdaniem autora „African Psycho” nie tylko Afryka, ale w ogóle świat, w którym żyjemy, jest w ciągłym ruchu, podlega bezustannym zmianom, musi więc być wciąż na nowo opisywany, na nowo poddawany refleksji. Owa refleksja powinna także przynieść rewizję kanonu światowej literatury. „Kielonek”, prozatorski fajerwerk Mabanckou (dodajmy tu wreszcie, że na polski przekłada pisarza – genialnie! – Jacek Giszczak), pozornie prosta opowieść o losach kilku pijaczków z niezbyt zamożnej dzielnicy Brazzaville, to przede wszystkim hołd złożony wielkim pisarzom całego świata. W jego tekst autor wpisał tytuły ponad dwustu książek – od „Wojny i pokoju” poprzez „Śmierć na kredyt” aż po... no właśnie, „Życie i pół” wspomnianego wcześniej giganta literatury afrykańskiej, Sony’ego Labou Tansiego. „Kielonek”, w którym pisarz z wdziękiem drybluje cytatami z literatury europejskiej i obu Ameryk, zawstydza i wprawia w zakłopotanie zachodniego czytelnika (a tym bardziej czytelnika z Europy Wschodniej), dając mu dyskretnie do zrozumienia, że poza dobrze mu znanymi literackimi lądami istnieją jeszcze inne, równie ważne, które wypadałoby odkryć. Dyskrecja autora polega na tym, że jeśli ktoś nie wiedział o istnieniu powieści Labou Tansiego, nie zorientuje się nawet, że właśnie przeoczył jej tytuł w niekończącej się, finezyjnie podkręconej frazie. To, co można by uznać za zabawną intertekstualną grę, u Mabanckou ukazuje rozziew między kulturami, z których jak na razie tylko jedna przyswoiła sobie treści drugiej. Świeże oko Twórczość Mabanckou rozpięta między dwoma, a teraz już nawet trzema kontynentami – Afryką, Europą i Ameryką Północną – nie tylko pośredniczy między światami, jest także wyrazistą próbą stworzenia własnego, autonomicznego uniwersum. Emigracja oddaliła pisarza od rodzinnego kraju na tyle, że potrafi o nim pisać z podziwu godnym dystansem, ale też ciepłem, co widać szczególnie w jego najnowszej książce „Jutro skończę dwadzieścia lat”, osnutej na wątkach autobiograficznych opowieści o zwyczajnym, a zarazem pełnym cudowności dzieciństwie w Kongo. W powieściach Mabanckou, choć bardzo różnych, powracają – czasem na drugim lub trzecim planie – te same postaci, ulice i miejsca składające się na obraz krainy młodości, np. owiany legendą seryjny zabójca Angoualima, dzielnica Trzysta, rzeka Tchinouka. W eseju „Dowód tożsamości” autor stwierdza, że choć nie jest w stanie jednoznacznie powiedzieć, czy emigracja miała wpływ na jego pisarstwo, przekraczanie granic stało się częścią jego życia i pozwoliło otworzyć się na to, co nieznane. Inaczej niż jego przyjaciel i literacki kompan, haitański autor Dany Laferrière, nie sądzi, że pisarz powinien mieszkać w mieście, którego nie lubi, aby w ten sposób wzbudzić w sobie nostalgię za ukochanym krajem. Jak mówi, przemieszcza się i podróżuje z pustą głową, nasłuchując wrzawy i zgiełku świata, starając się spoglądać na wszystko świeżym okiem. Pisanie jest dla Mabanckou nie tylko formą budowania własnego świata, jest też gestem sprzeciwu wobec narzuconych reguł i zastanych myślowych struktur. Nieprzypadkowo niemal w każdej jego powieści pojawia się postać wrażliwego prostaczka (może to być nauczyciel alkoholik, niedoszły seryjny zabójca lub kongijski imigrant w Paryżu), który w pewnym momencie sięga po pióro (lub starego remingtona), by opisać po swojemu „coś, co przypomina życie”. Za tą autoironiczną maską kryje się pisarz, który przyznaje sobie prawo do tego, by mówić własnym głosem, nie zrażając się tym, co myślą inni, nie posługując się cudzymi formułkami. Pisanie jest dla niego czymś znacznie więcej niż tylko wyrażaniem siebie, jest nadrzędną instancją, ostateczną racją bytu. Jak mówi w cytowanym wyżej eseju: „Pisze się, bo »coś nie idzie«, bo chciałoby się przenosić góry lub przecisnąć słonia przez ucho igielne. Pisanie to jednocześnie zakorzenienie, nocne wołanie i nasłuchiwanie dźwięków zza horyzontu”. Na pytanie, kim jest, Mabanckou odpowiada najprościej: pisarzem. ALAIN MABANCKOU będzie gościem piątego dnia Festiwalu. 26 października spotkanie z pisarzem poprowadzi Małgorzata Szczurek. MAŁGORZATA SZCZUREK jest romanistką, redaktorką naczelną Wydawnictwa Karakter.

prędzej słoń przejdzie przez ucho igielne