Poniżej znajdziesz poprawną odpowiedź na krzyżówkę belgijska grupa rockowa, jeśli potrzebujesz dodatkowej pomocy w zakończeniu krzyżówki, kontynuuj nawigację i wypróbuj naszą funkcję wyszukiwania. Muzyka polska czyli największe polskie hity i przeboje. W tej kategorii odnajdziecie tylko stare polskie piosenki i polskich wykonawców, a jest ich wielu. Każdy z nas ma jakieś ulubione przeboje i piosenki, które do niego przemawiają, które są wyrazem jego marzeń, pragnień lub opisem jego życia. A co lepiej przemawia do odbiorców Andrzej Zaucha (Polish pronunciation: [andʐɛj zauxa]) (12 January 1949 – 10 October 1991) was a Polish rhythm & blues and pop-jazz singer, occasionally also an actor. He was a self-taught musician who never took any professional vocal lessons. Po muzycznych epizodach z Jolantą Borusiewicz i Markiem Pawlakiem, z początkiem 1969 roku dołączył utalentowany samouk Andrzej Zaucha. Od tego momentu skład zespołu się ustabilizował. Od marca 1969 do maja 1972 roku zespół był kwartetem (bez Wilczkiewicza). Przez krótki okres z zespołem współpracował gitarzysta Jacek Konopka. Podczas trzech koncertów zagrają: legendarna krakowska jazz-rockowa formacja Laboratorium, która wystąpi z towarzyszeniem 40-osobowej Orkiestry Filharmonii Kaliskiej pod dyrekcją Adama Klocka; nowojorska grupa Brooklyn Funk Essentials, zrzeszająca muzyków i poetów z różnych kręgów kulturowych, łącząca w swojej twórczości jazz kata sindiran buat orang serakah harta warisan. numer podkładu: 6097 Dżamble (Andrzej Zaucha) OpisW 1966 roku w Krakowie powstała polska grupa jazz-rockowa, która przyjęła nazwę DŻAMBLE. W pierwszym składzie na perkusji grał późniejszy członek Skaldów, Jan Budziaszek. W lutym następnego roku grupa się rozpadła, by aktywować się na jesienne Zaduszki Jazzowe i znów zawiesić działalność. Po roku grupa zaczęła znowu działać, doszedł do kapeli w roli wokalisty Andrzej Zaucha i tak w roku 1971 doszło do nagrania jedynego longplaya 'Wołanie o słońce nad światem'. Z tego też wydawnictwa pochodzi kawałek, do którego podajemy podkłady MIDI i audio/mp3 - WYMYŚLIŁEM CIEBIE. Polecamy! Fragment tekstu:WYMYŚLIŁEM CIEBIE - Dżamble (Andrzej Zaucha) Tonacja e-moll Dzisiaj nagle wymyśliłem ciebie, twoje imię zadźwięczało we mnie... Choć tyle innych jest, znam tylko jego dźwięk. Do mnie mów najłagodniej, jak tylko ty potrafisz, i podaj rękę spłoszoną szczęściem nagłym. Dla ciebie usta moje i ciepło mojej dłoni, a potem przyjdą noce, jak psy wierne, pod nasz dom. / instrumental / Jaką drogę wybierzemy razem? Spłonął wieczór w horyzoncie gwi... kraj: Polska gatunek: pop, jazz, swing dekady: 1970, 1980, 1990C'est la vieCD 1 - Zaucha i Dżamble: • 1. Święto strachów • 2. Hej, pomóżcie ludzie • 3. Muszę mieć dziewczynę • 4. Naga rzeka • 5. Dziewczyna, w którą wierzę • 6. Masz przewrócone w głowie • 7. Wymyśliłem ciebie • 8. Szczęście nosi twoje imię • 9. Wpatrzeni w siebie • 10. W noc i w dzień • 11. Opuść moje sny • 12. Chciałbyś się zabawić • 13. Drogi nie odnajdę • 14. Sami • 15. Nieobecność • 16. Zakochani staruszkowie • 17. Przed dniem • 18. Bezsenność we dwoje • 19. Bezsenność we dwoje • CD 2 - Zaucha i Anawa • 1. Kto wybiera samotność • 2. Człowiek miarą wszechrzeczy • 3. Abyś czuł • 4. Widzialność marzeń • 5. Ta wiara • 6. Będąc człowiekiem • 7. Stwardnieje ci łza • 8. Tańcząc w powietrzu • 9. Uwierz w nieznane • 10. Kto tobie dał • 11. Nie przerywajcie zabawy • 12. Kantata • CD 3 - Andrzej Zaucha i jazz • 1. Variations On The „Eye” Rhyme • 2. Love Shining Through • 3. Butterfly Of Love II • 4. Beware Of The Music Man • 5. A Tumbleweed • 6. I Run For My Life • 7. The Second Time Around • 8. C’ est la vie – Just A Pipe Of Dream • bonus: • z zespołem Dżamble • 1. Pieśń dokerów z Luandy • 2. Pozwól mi • 3. Wołanie o słońce nad światem • CD 4 - Zaucha i Przyjaciele: • 1. Rozmowa z Jędrkiem - z Andrzejem Sikorowskim i Grupą Pod Budą • 2. Ach te baby – z Ryszardem Rynkowskim • 3. Baśka – z Wolną Grupą Bukowina • 4. Wszystkie stworzenia duże i małe - z Ewą Bem i grupą Doktora Q • 5. Kto ci szczęście da - z grupą Kwadrat • 6. Obojętnie kim jesteś – z grupą Kwadrat • 7. Spróbuj mnie dogonić - z grupą Kwadrat • 8. Pójdziemy na wagary - z Krystyną Prońko • 9. Na cztery ręce - z Danutą Błażejczyk • 10. Kto by chciał kupić coś takiego - z Ewą Bem • 11. Sunrise Sunset - z Alicją Majewską, z musicalu „Skrzypek na dachu” • 12. Blues o rannym wstawaniu - z Kasą Chorych • 13. Spocznij kapturku, zaraz cię zjem - czyli marzenia głodnego wilka - z grupą Doktora Q • 14. Nie pieprz Pietrze - z Ewą Bem • 15. Co jest grane - z Ewą Bem • 16. Wieczór nad rzeką zdarzeń - z Koman Band • bonus: • 1. C’est la vie - wyk. Andrzej sikorowski, Grzegorz Turnau, Zbigniew Wodecki, Andrzej Zaucha • CD 5 - Zaucha - C’est la vie: • 1. Bądź moim natchnieniem • 2. Dzień dobry, Mr Blues • 3. Myśmy byli sobie pisani • 4. Jak na lotni • 5. Baw się lalkami • 6. Nasz bal • 7. W zasadzie- muz. Janusz Koman, sł. Maria Czubaszek • 8. Już taki jestem zimny drań • 9. Budzi się lęk • 11. Córuni pod poduszkę • 12. Gdzie ta muzyczka • 13. Księżniczka • 14. Byłaś serca biciem • 15. Wilczy bilet- muz. i sł . Jacek Skubikowski) • 16. Jesteś i będziesz wspomnieniem • 17. Poza mną tamten czas • 18. C’est la vie - Paryż z pocztówkiCzarny Alibaba (Złota Kolekcja)1. Byłaś Serca Biciem • 2. C`est La Vie - Paryż Z Pocztówki • 3. Czarny Alibaba • 4. Bądż Moim Natchnieniem • 5. Dzień Dobry Mr. Blues • 6. Myśmy Byli Sobie Pisani • 7. Zielono Mi • 8. Wszystkie Stworzinia Duże I Małe • 9. Jak Na Lotni • 10. Bezsenność We Dwoje • 11. Baw Się Lalkami • 12. Julo Czyli Mus Męski Blues • 13. Leniwy Diabeł • 14. Wieczór Nad Rzeką Zdarzeń • 15. Masz Przewrócone W Głowie • 16. Wymyśliłem Ciebie • 17. Szczęście Nosi Twoje Imię • 18. Wołanie O Słońce Nad ŚwiatemAnioł mówił do chłopaków Baw się lalkami 1999Bezsenność we dwoje Byłaś Serca Biciem 1999Bądź moim natchnieniem Czarny Alibaba 1999C'est la vie 1999Dzień Dobry Mister Blues 1999Gdy śliczna Panna 2009Jak na lotni Lulajże Jezuniu 2009Wymyśliłem Ciebie Wśród nocnej ciszy 2009Z narodzenia Pana 2009Zielono mi Był jednym z najpopularniejszych polskich piosenkarzy przełomu lat 80. i 90., a także aktorem i artystą kabaretowym. Grał na perkusji i saksofonie, swobodnie poruszał się po rocku, jazzie, popie, a nawet operze. Uchodził za duszę towarzystwa – Andrzej to był "man", sprawdzał się w sytuacjach ekstremalnych - mówią jego przyjaciele. Zginął zastrzelony przez francuskiego reżysera Yves’a Goulais – miał romans z jego żoną. 10 października 1991 roku, Kraków, wieczór po kolejnym przedstawieniu "Pana Twardowskiego" Krzysztofa Jasińskiego w Teatrze STU. W głównej roli występuje piosenkarz Andrzej Zaucha, a partneruje mu między innymi związana z tym samym teatrem Zuzanna Leśniak-Goulais. Partneruje na scenie, a od niedawna także w życiu. Wszystko wskazuje na to, że Zaucha, dwa lata po śmierci żony Elżbiety, wychowujący samotnie nastoletnią córkę Agnieszkę, odnalazł szczęście. Dzieli go z Zuzanną różnica 16 lat. Leśniak-Goulais jest co prawda w związku małżeńskim, ale jej mąż, francuski reżyser Yves Goulais, już od niej usłyszał, że to koniec. Nie tylko usłyszał, gdyż o samym romansie dowiedział się, kiedy po powrocie z podróży do Szkocji zastał żonę z piosenkarzem w sytuacji niedwuznacznej. Uderzył go wtedy i powiedział "Będę musiał cię zabić". Później jeszcze kilka razy się odgrażał, że zabije Zauchę, ale nikt nie brał tego na poważnie. Chorobliwe zazdrosny o żonę Goulais dopada parę, kiedy ta zmierza w kierunku samochodu zaparkowanego przy ulicy Włóczków. Oddaje dziewięć strzałów z karabinka sportowego o kalibrze 5,6 mm. Kule najpierw trafiają Zuzannę, która próbuje zasłonić Zauchę, a po chwili jego samego. On umiera od razu, ona po reanimacji na Oddziale Torakochirurgii Szpitala im. Jana Pawła II. Tego samego wieczoru na miejscu zbrodni pojawia się Zbigniew Wodecki, przyjaciel artysty. - Zadzwonił do mnie gość o jedenastej, że "pana kolegę zastrzelili". Nie chciało mi się w to wierzyć. Pojechałem samochodem na miejsce i zobaczyłem leżącego Andrzeja. Zawsze wkładał pod kurtkę teczkę z tekstami, ale akurat tego dnia nie włożył. Może to by go uratowało. Mąż bramki nie uznał… Następnego dnia rano o zabójstwie dowiaduje się cała Polska – nie tylko fani artysty, których z każdym rokiem przybywało, ale także jego liczni znajomi, koledzy i przyjaciele. Andrzej Sikorowski, założyciel grupy Pod Budą, który z Zauchą i Krzysztofem Piaseckim występował od roku w kabarecie estradowym Sami, do dziś pamięta szok, jaki wywołała tragiczna informacja. - Myśmy żyli wtedy w innej rzeczywistości. Dzisiaj strzelanina uliczna nie budzi już takiego zdziwienia. W tamtym okresie było to coś tak zupełnie irracjonalnego, że nikt z nas nie był na to przygotowany. I on przyznaje, że dzisiaj być może do całej tragedii by nie doszło… - Nawet jeśli ten facet się odgrażał i mówił: "Ja ci pokażę", brało się to jako zwykłe gadanie. Dzisiaj prawdopodobnie zareagowalibyśmy inaczej. Podobne odczucia ma kolega z Sami, satyryk i dziennikarz Krzysztof Piasecki. - Wtedy nikt do nikogo na ulicy nie strzelał. Z tego, co my wiemy, Zuza była po rozmowach z mężem i powiedziała mu, że od niego odchodzi. Tylko że jak w tym dowcipie, w którym bramkarz radziecki nie uznał bramki, mąż uznał, że nadal jest mężem. Wyrok, jaki dostaje Francuz, jest szokująco niski – piętnaście lat. Sąd ogłasza, że Goulais jest winny umyślnego zabójstwa Andrzeja Zauchy i nieumyślnego spowodowania śmierci Zuzanny Leśniak (o jej śmierci dowiedział się dzień po tragedii). Na wysokość wyroku wpływ mają różne okoliczności, w tym fakt, że sam oddaje się w ręce policji. Z więzienia wychodzi 1 grudnia 2005 roku. Od przeboju do przeboju Andrzej Zaucha to artysta dziś już niestety trochę zapomniany. Albo może inaczej – niekoniecznie znany tym wszystkim, którzy urodzili się po jego śmierci. Chociaż trzeba zauważyć, że choćby dzięki Festiwalowi Pamięci Andrzeja Zauchy, organizowanemu od 2009 roku w Bydgoszczy przez byłego lekkoatletę Krzysztofa Wolsztyńskiego, ta sytuacja się zmienia. - W pewnym momencie panowała taka cisza w mediach o Andrzeju, że doszedłem z synem do wniosku, iż trzeba taki festiwal zorganizować – wspominał Wolsztyński. - A skoro nikt w Krakowie nie chciał nam pomóc w jego organizacji, zrobiliśmy go sami w Bydgoszczy, naszym rodzinnym mieście. Co roku mamy wielkie gwiazdy, w tym przyjaciół Andrzeja, a Opera Nova pęka w szwach. Staramy się też jeździć po Polsce z koncertami, by nie zapomniano, że kiedyś był u nas tak dobry artysta, jak Andrzej Zaucha. Zaucha, najkrócej mówiąc, nie był tylko piosenkarzem. Jako muzyczny samouk, z wykształcenia zecer, dysponował nie tylko wspaniałym głosem, ale także grał na różnych instrumentach, w tym na perkusji i saksofonie altowym. Świetnie radził sobie na scenie, w kabaretach czy przed kamerą. Wylansował takie przeboje jak "Czarny Alibaba" z repertuaru Heleny Majdaniec, "Siódmy rok", "Magia to ja", "Bądź moim natchnieniem", "C'est la vie – Paryż z pocztówki" czy "Baw się lalkami" – niezapomniane są także jego duety: "Rozmowa z Jędrkiem" z Andrzejem Sikorowskim i "Baby, ach te baby" z Ryszardem Rynkowskim, przeróbka szlagieru Eugeniusza Bodo. "Po co dubelka, jak jest dobrze?" - To był talent, który nie rodził się na kamieniu – przypominał Andrzej Sikorowski. - Grał dobrze na perkusji, saksofonie i na harmonijce, ale gdyby posiedział przy klawiaturze, też błyskawicznie by ją opanował. - Andrzej miał świetny warsztat – potwierdzał Krzysztof Piasecki. - Przesuwał się w kierunku jazzu, jeździł do Szwajcarii, gdzie dużo się nauczył. Krzysztof Haich, reżyser teledysków Andrzeja Zauchy, przypominał, że był on w stanie zaśpiewać wszystko. – Od opery, bo "Kur zapiał" można uznać za swego rodzaju operę, poprzez jazz, z którego na dobrą sprawę wyszedł, blues, rock i cały pop. Na dodatek błyskawicznie się wszystkiego uczył. Kiedy miał w Warszawie nagrać duet z Danutą Rinn, wsiadł do mercedesa, przyjechał i zrobił to bez jednego dubla, następnie od razu wrócił do Krakowa, bo miał przedstawienie. W studiu padło tylko pytanie: "Dubelka?". "Po co dubelka, jak jest dobrze?". Zwierzę sceniczne, zwierzę estradowe Zbigniew Wodecki podkreślał, że Zaucha wcale nie potrzebował muzycznego wykształcenia, gdyż miał wszystko "we krwi". - I głos, i swing, i takt - wyliczał. - Nut nie znał, ale grał na bębnach, na saksofonie się uczył, ale przede wszystkim miał "śpiewanie". Wiedział wszystko, co trzeba. Miał feeling, świetną barwę głosu, bardzo charakterystyczną. I pod koniec naprawdę zaczęło mu się zawodowo układać. Zagrał w filmie ["Trzy dni bez wyroku" Wojciecha Wójcika z 1991 roku – aut.], rolę drugoplanową, ale był w niej tak charakterystyczny, że gdyby to powstało w Hollywood, może i dostałby Oscara. To było takie zwierzę sceniczno-ekranowe. Jednocześnie miał wszystkie ludzkie cechy, w tym tremę. Bardzo się denerwował. Był bardzo prawdziwy w swoich przeżyciach. Obaj artyści poznali się jeszcze w końcówce lat 60., kiedy Zaucha śpiewał w krakowskim jazz-rockowym zespole Dżamble. – To znakomita kapela, grająca bardzo nowocześnie jak na tamte czasy, na dzisiejsze też – przypominał Wodecki. – Podziwialiśmy ją w Jaszczurach [krakowskim klubie Jaszczury – aut.]. Śpiewał świetnie, ale bardzo długo był niedoceniany przez środki masowego przekazu. Często jeździliśmy na wspólne koncerty, tak zwane chałtury, czasem po pięć dziennie, w różnych zakładach pracy. Czułem, że miał niedosyt, że chciałby być doceniany przez ludzi. Środowisko oczywiście wiedziało, że to świetny facet, muzykalny bardzo. Zabawa z "mlekami" Wodecki był w pewien sposób ojcem chrzestnym sukcesu Andrzeja Zauchy. Jak sam mówił, zrobił kiedyś coś, co koledze w karierze bardzo pomogło. - Pewnego razu, po nagraniu "Chałup ["Chałupy welcome to" – przebój Wodeckiego z 1986 roku – aut.] Rysiu Poznakowski postanowił napisać następny numer w tym klimacie, "Pij mleko" [oryginalny tytuł to "Baw się lalkami" – aut.]. Nie za bardzo chciałem już śpiewać tego typu numery, więc powiedziałem Poznakowskiemu, że znam świetnego gościa, który może to zrobić. Rysiu świetnie się wtedy zachował i pozwolił Andrzejowi to nagrać. To była pierwsza piosenka, która go wrzuciła na antenę. Ludzie zaczęli wreszcie słyszeć o Zausze. Andrzej Zaucha (ur. 12 stycznia 1949 w Krakowie) rzeczywiście musiał trochę poczekać na prawdziwą popularność. Muzyczny warsztat szlifował u boku jazzmanów, w tym Jarosława Śmietany, Michała Urbaniaka i Jana Wróblewskiego, grał też w grupach Beale Street Band i Playing Family. Wspomniane Dżamble, z którymi występował w latach 1968–1971, sprawiły, że w środowisku muzycznym zrobiło się o nim głośno – klasę artysty potwierdziła płyta Dżambli "Wołanie o słońce nad światem" z 1971 roku, a także wydana dwa lata później płyta "Anawa", nagrana z identycznie nazywającą się grupą. Zastąpił w niej samego Marka Grechutę. - Spotkałem kiedyś znajomego, który wrócił z jakiegoś festiwalu, gdzie grał ze swoim zespołem Romuald i Roman – wspominał Krzysztof Piasecki. - To był czas, kiedy rock zaczynał się w Polsce budzić, końcówka lat 60. I ten znajomy powiedział: "Wygraliśmy ten festiwal". Krótko potem zobaczyłem w gazecie, że na pierwszym miejscu byli Dżamble. Przy najbliższej okazji zapytałem kolegę, dlaczego stwierdził, że wygrali, skoro byli na drugim miejscu. A on na to: "Dżamble są poza konkurencją". I były. Kiedy usłyszałem, jak grają, dosłownie wbiło mnie w fotel. Wszystkie sukcesy, duże i małe Karierę solową Zaucha rozpoczął w 1980 roku, po paru latach zarobkowych występów zagranicznych, od udziału w śpiewogrze Katarzyny Gärtner "Pozłacany warkocz". W latach 80. występował jako perkusista Old Metropolitan Band, był też związany z formacjami rockowymi: Kasa Chorych, Grupa Doctora Q, Kwadrat. Pierwszy solowy album, "Wszystkie stworzenia duże i małe", ukazał się w 1983 roku. I chociaż piosenka tytułowa, duet z Ewą Bem, zdobyła sporą popularność, dopiero "Baw się lalkami", czyli wspomniane "Pij mleko" z krążka "Stare, nowe, najnowsze" (1987) uczyniło z Zauchy gwiazdę. Popularność piosenkarza podtrzymały takie piosenki, jak "Myśmy byli sobie pisani", "Bądź moim natchnieniem" i "C'est la vie – Paryż z pocztówki". W 1988 roku przebojem stał się utwór "Byłaś serca biciem", który trafił na pośmiertne wydawnictwo "Ostatnia płyta" (1993). Wcześniej ukazał się jeszcze anglojęzyczny album "Andrzej Zaucha" (1989), nagrany z big-bandem Wiesława Pieregorólki. Kac i zero choroby Scena to jedno, życie co innego. A to życie upływało Zausze na podróżach i spotkaniach towarzyskich. – Był duszą towarzystwa – zapewniał Zbigniew Wodecki, który nazywał zmarłego przyjaciela "człowiekiem bardzo otwartym i zarazem doskonałym kompanem do nocnych pogaduszek". - Świetnie się z nim gadało do rana, a potem wspólnie leczyło kaca. Myśmy to często robili, bo takie było życie. Wszyscy bardzo dużo kiedyś piliśmy. A na koniec jedliśmy śledzia, którego też trzeba było popić, by się nie zatruć. Wodecki zapamiętał trzy rejsy Stefanem Batorym po zatoce, każdy trwający po cztery dni. - Myśmy z Andrzejem, śpiąc w jednej kajucie, byli jak bracia. Pamiętam sztorm z taką falą, że wszyscy, włącznie z marynarzami, mieli chorobę morską. A myśmy przez te noce we troje z barmanem siedzieli przy barze i śpiewali kolędy na trzy głosy. Zero choroby. Dużo radości i uśmiechów Jak podkreślał Andrzej Sikorowski, Zaucha, choć był duszą towarzystwa, lubił się spotykać przede wszystkim w domach czy mieszkaniach, a nie w miejscach publicznych, jak kawiarnie czy restauracje. - Andrzej należał do "kameralistów", którzy nie lubią dużego tłumu ludzi, oczywiście poza koncertami. Był osobą popularną i świetnie umiał sobie radzić z popularnością restauracyjną, kiedy podchmieleni ludzie zaczepiali go i strasznie chcieli się z nim napić. Bardzo taktownie im odmawiał, ale wolał w ogóle takich sytuacji unikać. Lider grupy Pod Budą zwracał uwagę, że Zaucha nigdy się nie upijał. – Jego organizm chyba był tak wydolny, że do tego nie dochodziło. Przynajmniej nie było tego po nim widać. Był po alkoholu wylewny i przyjacielski, nie miał cienia agresji. Z nim się bardzo dobrze biesiadowało, wynikało z tego dużo radości, dowcipów, uśmiechów i przyjacielskich odruchów. Andrzej to był "man" - To był "man", jego się nie dało nie lubić – przyznawał Zbigniew Wodecki. - On był taki diabełek, ale nawet jeśli przegiął, potrafił przeprosić. W tego typu pracy, kiedy jeździ się po nocach i ma się różne stresy, każdemu zdarza się coś chlapnąć. Ale jeśli mu się zdarzyło parę razy, to na drugi dzień, jak sobie wszystko przemyślał, podchodził i stać go było, by powiedzieć: "Stary, przepraszam". - Wszyscy, z którymi realizowałem różnego rodzaju materiały, w tym również film, jaki zrobiłem po śmierci Andrzeja, mówią to samo: to był bardzo ciepły człowiek, z którym chciało się konie kraść – wspominał Krzysztof Haich. - Właściwie mało kto potrafił sobie go przypomnieć zdenerwowanego, niechętnego, opryskliwego. Andrzej nie znał chyba takiego stanu ducha. Szpakowaty facet z ładą Krzysztof Piasecki przytacza anegdotę, która może dobrze oddać poczucie humoru Andrzeja Zauchy. – Kiedyś występowaliśmy gdzieś na południu Polski, trzy dni z rzędu. Andrzej przyjechał tam żółtym mercedesem, a ja ładą samarą, którą on strasznie pogardzał, dając do zrozumienia, że to skandal, iż człowiek w ogóle do tego wsiada. Dla mnie, świeżo po maluchu, ta łada była jak porsche. Przy śniadaniu Andrzej Zaucha zaczął drążyć pewien temat. - Co chwilę pytał, czemu nie pojadę do znajdującej się nieopodal myjni samochodowej. Odpowiadałem, że "co ja będę mył, wtedy będzie przecież widać rdzę". A on na to: "Zobaczysz, jak elegancko auto będzie wyglądało". Następnego dnia pojechałem do tej myjni, dla świętego spokoju". - Wchodzę do myjni i mówię, że chciałbym wymyć samochód. "A jaki to samochód?" – słyszę pytanie. "Łada samara" – odpowiadam. "Łady nie myję". Okazało się, że Zaucha był tam wcześniej, zapłacił za mycie i powiedział, że jak zjawi się taki szpakowaty facet z ładą samarą, "niech pan powie, że łady nie myje". Panienki reagowały różnie Teledyski Andrzeja Zauchy, wyreżyserowane przez Krzysztofa Haicha, z pewnością miały wpływ na jego popularność. Bo były i nietypowe, i bardzo wesołe, i zarazem miały… fabułę. – Andrzej zawsze miał sporo własnych koncepcji, na ogół żartobliwych, którymi uzupełniał moje propozycje - mówi reżyser. Jako przykład podaje teledysk do "Baw się lalkami", czyli inaczej "Pij mleko". - O co innego chodziło autorowi tekstu, ale ja to wszystko przesunąłem w kierunku mleka, właściwie do dziś nie wiem, czemu – przyznawał Haich. - W momencie, kiedy powiedziałem o tym Andrzejowi, on wpadł na pomysł ubrania się w dość długi płaszcz i włożenia do wewnętrznych kieszeni butelek mleka. Takich szklanych, litrowych, jakie wtedy były. Powkładał po trzy butelki do lewej poły, trzy do prawej poły. Ujęcie, kiedy chodzi po rynku i rozchyla te poły, było dość kontrowersyjne, bo w normalnej rzeczywistości kojarzy się z zachowaniem dosyć ekshibicjonistycznym. Przyznaję, że panienki reagowały na początku różnie. "Ja nie chcę wyglądać staro…" Reżyser zapamiętał też zabawną scenę z pracy nad teledyskiem do "Julo, czyli Mus męski blues". – Kręciliśmy to we wnętrzu wielkiego TIR-a, który jechał po autostradzie, a w jego środku trwała balanga. Andrzej wcielił się w kierowcę, który zabierał po kolei autostopowiczki, więc w środku miał gromadkę pięknych dziewczyn. Oczywiście, kiedy kręciliśmy zdjęcia w środku, TIR stał na parkingu. Mieliśmy w nim podpięte światło, które w pewnym momencie padło. Wtedy Andrzej zainscenizował spontaniczną imprezę przy świecach. I w tych ciemnościach nagle zaczęło to być prawdziwe. Uznał pewnie, że to do niego należy utrzymanie atmosfery. Nie dość, że ją utrzymał, to jeszcze znakomicie podkręcił. - Andrzej jednak miał pewne ograniczania w swoich działaniach – przyznawał Haich. – Kiedy kręciliśmy teledysk "Magia to ja", wymyśliłem sobie, że go w pewnym momencie postarzę. Przysiwię włosy, dodam zmarszczek, zrobię takiego starszego Andrzeja. I on mi wtedy powiedział na stronie: "Słuchaj, nie róbmy tego, ja nie chcę wyglądać staro". Przypomniałem to sobie po tym dramacie październikowym i tak mi zostało w głowie, że nigdy nie zobaczymy starego Andrzeja. Ludzki człowiek Wesołe piosenki i teledyski, bogate życie towarzyskie, swojska dusza… To wszystko nie oddaje tego, jakim człowiekiem był Zaucha. Jak mówił Zbigniew Wodecki, na przyjaciela zawsze można było liczyć. - Andrzej miał fajną właściwość, że sprawdzał się w sytuacjach ekstremalnych. Kiedy coś się komuś waliło, piliło czy potrzebował pomocy, na Andrzeja można było liczyć. Jechał na nagłe zastępstwa, zawoził, wspierał. Ludzki człowiek, bardzo moralny, honorowy i lojalny. W 1989 roku na udar mózgu zmarła Elżbieta, żona Zauchy, z którą związał się jeszcze w szkole… Artysta, który został z nastoletnią córką Agnieszką, bardzo tę stratę przeżył. - Moja rodzina zajmowała się pogrzebem – wspominał artysta. - Staraliśmy się pomóc. Andrzej miał rozterki, czy w ogóle może śpiewać. Takie ludzkie. "Jak ja wyjdę na scenę i będę śpiewał Alibabę?". "Andrzej, to jest twoja robota. Jak byłbyś szewcem, to byś musiał dalej buty robić" – mówiłem mu. Trzeba go było długo przekonywać, żeby się przez tę traumę przebił. Była jego busolą… Jak wspomina Krzysztof Piasecki, śmierć żony Zauchy przewróciła życie piosenkarza do góry nogami także dlatego, że była ona osobą, która nadawała ton całemu małżeństwu – Wszystko było na jej głowie. Ela była jego busolą, nie miała zresztą wyjścia. On jeździł po świecie i zarabiał, ona zajmowała się domem i wychowaniem Agnieszki. Ale stanowili udane małżeństwo. Nigdy nie słyszałem o żadnych zdradach, żeby Andrzej miał inną kobietę, a w branży takie opowieści są na porządku dziennym. Ela trochę mu matkowała. I jak został sam, z dzieckiem, w ogóle nie wiedział, jak sobie radzić. Na dodatek Agnieszka była w okresie najtrudniejszym, była punkówą, pomalowała swój pokój na czarno. Nie wiedział, jak się wobec tego zachować. Po nagłej śmierci żony artysta bardzo zbliżył się do rodziny Andrzeja Sikorowskiego. Jak mówi, Zaucha potrzebował bliskości ludzi także ze względu na to, że wychowywał córkę. - Wcześniej obowiązki wychowawcze sprawowała jego małżonka. On był przecież ciągle poza domem. Taki jest nasz zawód, że cały czas jesteśmy gdzieś w drodze. I nagle spadł na niego dosyć poważny ciężar. Andrzej szukał bliskości, porady, jakiejś otuchy w tym całym nieszczęściu. I wtedy zaczęliśmy być blisko. "Byłby czynnym estradowcem" Wtedy właśnie powstało trio Sami, z Zauchą, Piaseckim i Sikorowskim. - Zaczęliśmy z tym programem, na początku bardzo mocno improwizowanym, jeździć po Polsce – wspominał lider Pod Budą. - Byliśmy ze sobą nie tylko w chwilach wolnych, ale w i pracy. Prawie żeśmy się nie rozstawali. - Czuję pewien żal do losu, że Andrzeja nie ma – przyznawał Andrzej Sikorowski. - Odnoszę wrażenie, że miałby cały czas sporo do zaśpiewania, ze względu na wyjątkowy talent wokalny, jakim go los obdarzył, i wyjątkową muzykalność. Myślę, że w dalszym ciągu byłby czynnym estradowcem, a może nawet udawałoby się czasami coś razem zaśpiewać. Andrzej Zaucha spoczął obok żony na cmentarzu Prądnik Czerwony (cmentarzu Batowickim) w Krakowie. Yves Goulais, który w więzieniu nakręcił kilka filmów dokumentalnych i ukończył filologię polską, nadal pracuje w branży filmowej, głównie jako scenarzysta, ale pod zmienionym nazwiskiem. Autor: -------------------------- mar 29 2019 Oprac. Ewa Kałużna, fot. Andrzej Rumianowski Dziś obchodziłby swoje 68. urodziny wirtuoz gitary jazzowej, charyzmatyczny bandleader, pomysłodawca niezliczonych akcji i projektów, jeden z najlepszych gitarzystów w Polsce i w Europie. Odszedł 6 lat temu, w wieku 62 lat, przegrywając walkę z rakiem… JAROSŁAW ŚMIETANA (ur. 29 marca 1951, zm. 2 września 2013), gitarzysta jazzowy, kompozytor, aranżer, okazjonalnie wokalista, a także pedagog. Był jedną z centralnych postaci polskiego jazzu. W ankiecie czytelników „Jazz Forum” przez ponad trzy dekady bezdyskusyjnie wygrywał, jako najlepszy gitarzysta jazzowy. „Nie był nowatorem, nie stworzył odrębnego idiomu wypowiedzi, ale miał własne, rozpoznawalne brzmienie, które było syntezą jego rozległych zainteresowań i inspiracji. Wychowany na muzyce beatowej i R&B, stał się championem jazz-rocka, a potem szedł ścieżką hard bopu i mainstreamu, ogarniając całą tradycję jazzu” Po jednym z koncertów Jarka Śmietany napisano w „Jazz Forum„: „Wszystkie dźwięki bezbłędnie trafiają tu w swój czas i miejsce. Nie ma zbędnego gadulstwa ani efekciarskich popisów. Jest za to jazzowy koncert najwyższej próby. Każda fraza swinguje, ma odpowiedni drive i feeling. Tak w skrócie można scharakteryzować muzykę Jarka Śmietany – jednego z najwybitniejszych i najbardziej dynamicznych polskich muzyków jazzowych” (Leszek Kotarski). Wyśmienity muzyk używał imienia w formie zdrobnienia – Jarek Śmietana. Tak właśnie zapisano w jego metryce urodzenia, i tak wypisywano mu szkolne świadectwa, co go irytowało, bo chciał być poważnym Jarosławem. Został nim na świadectwie maturalnym, a potem obu form imienia używał wymiennie. Urodził się w Krakowie, i z tym miastem był związany całe życie. W czasach szkolnych Jarek grał w zespołach beatowych. Jego wczesne fascynacje to: The Animals, The Beatles, John Mayall & The Bluesbreakers, Cream, Eric Clapton, Jimi Hendrix, King i Santana, a potem gwiazdy jazzu nowoczesnego – Wes Montgomery, Kenny Burrell, George Benson, John McLaughlin, John Scofield, John Abercrombie, Mike Stern. Uwielbiał zarówno Johna Coltrane’a, Milesa Davisa, jak i Ornette’a Colemana, któremu zadedykował jedną z płyt. Karierę muzyczną rozpoczął od otrzymania wyróżnienia na festiwalu Jazz nad Odrą w 1972, na którym wystąpił z amatorską grupą bluesową Hall. „Jestem postrzegany jako muzyk jazzowy, ale cała moja kariera zaczęła się od zespołu bluesowego, który powstał pod koniec lat 60. Graliśmy wówczas repertuar: Alberta Kinga, Kinga, Johna Mayalla z płyty „Bluesbreakers” i Hendriksa. Od tego zacząłem. Później dopiero zainteresowałem się jazzem – na kolejne czterdzieści lat” – mówił Jarek Śmietana w jednym z wywiadów, przy okazji festiwalu Bluesroads. Ukończył Wydział Jazzu i Muzyki Rozrywkowej PWSM w Katowicach. Potem sam został pedagogiem – wykładał w Krakowskiej Szkole Jazzu i Muzyki Rozrywkowej. W latach późniejszych wykładał również na Uniwersytecie Bilkent w Ankarze w Turcji. Przez wiele lat uczył także na letnich warsztatach jazzowych w Chodzieży i Puławach. Za swój oficjalny debiut Śmietana uznawał nagranie z formacją Klaus Lenz Big Band płyty „Live at Jazz Jamboree ’74„. W czasie studiów grał w Big Bandzie Katowice. Wystąpił z nim na festiwalu Jazz nad Odrą w latach 1975-1976, na Jazz Jamboree w 1975, na festiwalu w Pradze w 1977, a także na koncertach w USA w 1978. Nagrał z tą formacją cztery płyty. Przez kolejne osiem lat współpracował z kwartetem Janusza Muniaka, zaś w latach 1979-1980 – z wybitnym skrzypkiem, Zbigniewem Seifertem. W listopadzie 1978 uczestniczył w ostatniej trasie koncertowej Zbigniewa Seiferta – „Kilimanjaro” W latach 1974-1981 był liderem formacji Extra Ball, która stała się prawdziwą sensacją festiwalu Jazz nad Odrą w latach 1974 i 1975, jako najlepsza w Polsce grupa jazz-rockowa tamtej dekady. Był to zespół stricte jazzowy. W pierwszym składzie grali studenci Wydziału Jazzu i Muzyki Rozrywkowej PWSM w Katowicach: Andrzej Pawlik – gitara basowa, Piotr Prońko – saksofon barytonowy, Benedykt Radecki – perkusja, Władysław Adzik Sendecki – fortepian, oraz Jarosław Śmietana – gitara, lider. Skład zespołu ulegał licznym zmianom, zwłaszcza od 1976, a liczba grających w nim muzyków wahała się od czterech do sześciu. W formacji tej grali perkusiści Jacek Pelc, Marian Bronikowski, Jan Budziaszek i Marek Stach, kontrabasiści Jan Cichy, Antoni Dębski i Zbigniew Wegehaupt, saksofonista altowy Jerzy Główczewski, pianiści Wojciech Groborz i Robert Obcowski, trębacz Adam Kawończyk, saksofonista tenorowy i sopranowy Andrzej Olejniczak oraz wokaliści Stanisław Sojka i Andrzej Zaucha. Na instrumentach perkusyjnych grał Jose Torres. Ponadto z Extra Ball współpracowali Czesław Bartkowski – perkusja, Jerzy Jarosik – saksofon tenorowy i flet, Henryk Miśkiewicz – saksofon altowy, Janusz Muniak – saksofon tenorowy, sopranowy i flet, Jan Ptaszyn Wróblewski – saksofon tenorowy. W latach 1975-1976 zespół brał udział w prestiżowych imprezach jazzowych, występował na Jazz Jamboree, koncertował też za granicą – w Czechosłowacji, Holandii, Niemczech i Związku Radzieckim. W drugiej połowie lat 70. Extra Ball dokonał licznych nagrań dla radia i telewizji. Występował na Jazz Jamboree w latach 1979-1981 i 1983. Na początku lat 80. zespół wyjechał do USA, gdzie brał udział w festiwalu jazzowym, a potem przez trzy miesiące występował w amerykańskich uniwersytetach oraz klubach jazzowych. Pobyt w Stanach zwieńczony został odwiedzinami u Milesa Davisa w jego domu w Nowym Jorku. Ostatnim znaczącym przedsięwzięciem formacji było przygotowanie specjalnego programu jubileuszowego na 10-lecie istnienia Extra Ball w 1984. Program ten prezentowany był podczas koncertów w różnych miastach. Wkrótce potem Extra Ball zakończył swoją działalność. Dyskografia Extra Ball z Jarkiem Śmietaną: 1976 „Birthday” 1977 „Aquarium Live No 3” 1978 „Extra Ball” 1979 „Go Ahead” 1981 „Mosquito” 1984 „Akumula-Torres” Kolejną formacją Śmietany był zespół Sounds (od 1984) – początkowo big band, później kwintet, kwartet lub trio, skupiające czołówkę polskich jazzmanów. Zespół brał udział w licznych koncertach i festiwalach jazzowych, występował prawie we wszystkich krajach Europy oraz w Indiach, Kanadzie i USA. W składzie, obok lidera, znaleźli się Antoni Dębski na gitarze basowej, Jacek Pelc na perkusji i Jan „Ptaszyn” Wróblewski na saksofonie, którego po kilku miesiącach zastąpił Piotr Baron. Wizytówką grupy stała się płyta „Sounds Colors” z 1990, wydana przez zachodnioniemiecką wytwórnię Wipe. Chociaż grupa cieszyła się wielką popularnością, zwłaszcza na zachodzie Europy, w 1992 lider rozwiązał skład. Jeszcze tego samego roku Śmietana otworzył nowy rozdział w swojej działalności, nagrywając wspólnie z Andrzejem Cudzichem i belgijskim perkusistą Felixem Simtainem znakomitą płytę „Cooperation„. Jarosław Śmietana rozpoczął tworzenie składów mniej stabilnych, często międzynarodowych, z myślą o doraźnych projektach muzycznych, takich, jak trasy koncertowe czy sesje nagraniowe. Ich trzon stanowili sprawdzeni wcześniej muzycy – Piotr Baron na saksofonie, Andrzej Cudzich na kontrabasie i Adam Czerwiński na perkusji. Pod koniec lat 90. okazjonalnie występował z niemieckimi czołowymi muzykami – Wolfgangiem Engsfeldrem i Peterem Weissem, a także z polsko-austriacką formacją Groove Band. Współtworzył także formacje takie, jak Namysłowski-Śmietana Quartet, Symphonic Sound Orchestra oraz Polish Jazz Stars, skupiający czołówkę polskiego jazzu. Jako lider własnych zespołów, angażował na koncerty i nagrania płytowe wielkich amerykańskich muzyków, jak Art Farmer, Freddie Hubbard, Eddie Henderson, Joe Zawinul, Gary Bartz, Carter Jefferson, Vince Mednoza, John Abercrombie, Hamiet Bluiett, Idris Muhammad, Ronnie Burrage, Harvie Swartz, Bennie Maupin, Mike Stern, Cameron Brown czy Steve Logan. Ulubionym partnerem muzycznym Jarka Śmietany był mistrz organów Hammonda, Wojtek Karolak, a jego nadwornym perkusistą przez ponad 20 lat – Adam Czerwiński, zaś wcześniej Jacek Pelc – Śmietana / Karolak / Czerwiński – „Polish Standards” Full Album 2007 Śmietana / Karolak / Czerwiński – „To ostatnia niedziela” („Last Sunday”) from album „Polish Standards” Do kręgu stałych współpracowników należeli także amerykańska pianistka i wokalistka Karen Edwards, izraelski basista Yaron Stavi i australijski wokalista-saksofonista, Billy Neal. Z Nealem, Karolakiem i Czerwińskim Jarek nagrał swoją ostatnią płytę – „Live at Impart„. Współpracował z Ewą Bem, Grażyną Łobaszewską, Andrzejem Zauchą, Andrzejem Dąbrowskim (płyta „A Time for Love”), Cezariuszem Gadziną („Meeting Point„), Wojciechem Karolakiem („Phone Consultations”), Sławomirem Kulpowiczem („Prasad In Mangalore„), Henrykiem Majewskim („Continuation„), Zbigniewem Namysłowskim, Zbigniewem Paletą („Vis à Vis„), Zbigniewem Seifertem („Kilimanjaro Vol. 1-2„), Tomaszem Szukalskim („Tomasz Szukalski – Jarek Śmietana Quartet„), Michałem Urbaniakiem, Janem „Ptaszynem” Wróblewskim („Grand Standard Orchestra Jan Ptaszyn Wróblewski, Vol. 2„). Od 1994 współpracował głównie z jazzmanami światowej sławy, z którymi nagrał szereg płyt. Należeli do nich John Abercrombie („Speak Easy„), Gary Bartz („African Lake„), Ronnie Burrage („You Never Know„), Karen Edwards („Everything Ice„), Art Farmer („Songs and Other Ballads” oraz „Plays Standards„), Eddie Henderson („Live at Jazz Jamboree„), Nigel Kennedy („Live at Cracow Philharmonic Hall„), Benny Maupin („A Story of Polish Jazz„), Idris Muhammad („Jarek Śmietana Trio„), John Purcell („Out of The Question, Not Two„) oraz Brad Terry („Plays Gershwin” i „Plays Ellington„). Współpracował także z takimi jazzmanami, jak Greg Bandy, Hamiet Bluiett, Cameron Brown, David Friedman, David Gilmore, Freddie Hubbard, Carter Jefferson, Lee Konitz, Andy McKee, Vince Mendoza, John Scofield, Mike Stern, Harvie Swartz, Jack Williams i Joe Zawinul. Od 2002 współpracował ze skrzypkiem jazzowym światowej sławy, Nigelem Kennedym, dla którego napisał „Suitę jesienną” („Autumn Suite„) – 5-częściowy utwór orkiestrowy na klasyczny kwintet dęty i kwintet jazzowy Śmietana uczestniczył w światowych występach Kennedy’ego, gdzie wspólnie prezentowali repertuar Jimmiego Hendriksa. Jako wielki miłośnik jazzu, stworzył, wspólnie z Jackiem Pelcem, historię polskiego jazzu w pigułce – „A Story of Polish Jazz” „Nikt wcześniej nie przedstawił historii naszego jazzu w tak oryginalnej, dowcipnej, a jednocześnie wysoce artystycznej postaci. Świetny tekst, muzyka, brzmienie, plus bardzo zgrabnie uchwycona konwencja polskiego hip-hopu” – napisał w recenzji Paweł Brodowski. „A Story of Polish Jazz” w nagraniu płytowym składa się z 14 zwrotek, przedzielonych czterotaktowymi chorusami improwizujących solistów. Każdą zwrotkę puentuje nazwisko głównej postaci w danym momencie historii. Wymieniony muzyk wychodzi na scenę na swoje solo w symbolicznych czterech taktach. Natomiast w wersji koncertowej wszyscy mogli wypowiedzieć się do woli, w długich formach, w zaproponowanym przez siebie utworze. „A Story of Polish Jazz” otwiera tytułowy utwór, w którym dwóch raperów – Guzik i Bzyk – przedstawia napisaną przez Śmietanę „kieszonkową historię polskiego jazzu„. Pomiędzy wersami, charakteryzującymi przedstawicieli starszej i średniej generacji, pada tam prawie 80 nazwisk muzyków i zasłużonych dla jazzu działaczy, oraz pojawiają się krótkie solówki wielu wybitnych postaci polskiej sceny jazzowej. Płyta z nagraniem ukazała się na początku 2005, i miała premierową prezentację sceniczną w Krakowie, w kinie Kijów. Latem 2005 „” wykonane zostało w obsadzie All Stars na festiwalu Jazz w Lesie w Sulęczynie, a w grudniu – w Warszawie, w Studiu S-1 im. Witolda Lutosławskiego, uświetniając jubileusz 40-lecia „Jazz Forum„. Kilka lat później ( 4 października 2009 r.) odbył się pamiętny koncert w Filharmonii Narodowej, podczas którego wystąpili niemal wszyscy bohaterowie „A Story of Polish Jazz„, a wydarzeniu towarzyszyła wystawa portretów ze zbiorów archiwalnych oraz ponad 60 zdjęć żyjących muzyków, autorstwa Andrzeja Rumianowskiego, który postawił sobie za cel odszukać wszystkich bohaterów i dotrzeć do nich z aparatem. Kolekcja portretów gwiazd polskiego jazzu wystawiona została w foyer Filharmonii, a także towarzyszyła muzyce w formie slajdów, wyświetlanych na dwóch dużych ekranach nad sceną. Ekspozycja była oczywiście tylko pretekstem i ozdobą koncertu, gdyż jeśli chodzi o jazz, to najważniejsza jest przecież sama muzyka. Na scenę wyszło z instrumentami kilkunastu muzyków – gwiazdy polskiego jazzu, wspierająca ich sekcja rytmiczna oraz dwóch raperów z Nowej Huty, tych samych, co na płycie, skandujących rymowaną historię jazzu – Bzyk i Guzik Śmietana był laureatem wielu nagród, został uhonorowany statuetką Baranka Jazzowego – nagrodą, przyznawaną podczas Letniego Festiwalu Jazzowego w Piwnicy pod Baranami, wybitnym artystom, związanym z historią jazzu. W 1998 został nagrodzony Fryderykiem za album „Songs and Other Ballads” O swojej twórczości powiedział w wywiadzie dla PAP: „Jestem otwarty na każdy gatunek muzyki i staram się poznawać wszystko, co ciekawe. Muzyk musi być przecież osłuchany z możliwie jak najszerszym spektrum muzyki. Najbardziej jednak kocham muzykę z lat 60. czy 70. I nie dam sobie powiedzieć, że wymyślono potem cokolwiek lepszego. Nie ma lepszego gitarzysty blues-rockowego od Jimiego Hendriksa, nawet jeśli są tacy, którzy grają szybciej od niego. Szybkich gitarzystów jest mnóstwo, a gitarzystów z duszą – niewielu”. Jarosław Śmietana skomponował ponad dwieście tematów jazzowych, ukazało się ok. 40 płyt z jego udziałem, z których najnowsze to: „Psychedelic. Music of Jimi Hendrix” (2009; Nigel Kennedy, Maciej Sikała, Wojciech Karolak, Paweł Mąciwoda, Krzysztof Dziedzic) „A Tribute to Zbigniew Seifert” (2009; Didier Lockwood, Krzesimir Dębski, Christian Howes, Mark Feldman, Maciej Strzelczyk, Adam Bałdych, Pierre Blanchard, Mateusz Smoczyński, Zbigniew Wegehaupt, Adam Czerwiński, Janusz Grzywacz, Piotr Wyleżoł, Sławomir Berny) „I Love the Blues” (2011; Bill Neal, Wojciech Karolak, Karen Edwards) „Live at Impart” (Jarosław Śmietana & Bill Neal, 2012) „I Believe (Bill Neal feat. Jarosław Śmietana, 2013) Pełną dyskografię Jarka Śmietany można znaleźć na fan blogu W 2012 ukazało się 3-płytowe wydawnictwo, zawierające trzy różne płyty Jarka Śmietany, reedycje z lat 80. i 90., w zupełnie nowej szacie graficznej, zremasterowane i doskonale brzmiące. Tytuły zawarte w trójpaku to wspomniana wyżej płyta ”Sounds Colors”, a także albumy „Flowers in Mind” oraz „Talking Guitar„. Płyta ”Sounds Colors” często mylona jest z – wydaną jako Polish Jazz Vol. 73 – ”Sounds & Colours”. To jednak różne płyty i nagrania z zupełnie innych sesji. Album ”Sounds Colors” ukazał się w 2012 w Polsce po raz pierwszy. Pierwotnie była to płyta, wydana na początku lat 90. przez niemiecką firmę Wipe. Wprawdzie trzy tytuły utworów z obu płyt pokrywają się – ”Sounds and Colors / Colours”, ”Okapi, Pekari, Karibu” oraz ”Try to Make It Better” – lecz utwory zostały zarejestrowane podczas różnych sesji. Płyta ”Sounds & Colours” była zarejestrowana w marcu i kwietniu 1987 w studiu Polskich Nagrań, natomiast sesja do ”Sounds Colors” miała miejsce w dniach 15-30 stycznia 1990, w Studiu Kraków. Krążek ”Sounds Colors” został nagrany w składzie: Jarek Śmietana – gitary, instr. klawiszowe Piotr Baron – saksofony, instr. klawiszowe Antoni Dębski – gitara basowa, kontrabas Jacek Pelc – perkusja oraz gościnnie: Janusz Grzywacz – instr. klawiszowe, zaś płyta „Sounds & Сolours” w składzie: Antoni Dębski – bass, synthesizer Jacek Pelc – drums, percussion, cymbal Jarosław Śmietana – electric guitar, acoustic guitar, keyboards, voice Piotr Baron – saxophone tenor & soprano, clarinet, keyboards „Sounds & Сolours” 1987 Full Album Jarosław Śmietana przez dość długi czas walczył z rakiem mózgu. Był jednym z najbardziej aktywnych i zapracowanych muzyków polskiej sceny jazzowej, jednak jesienią 2012 pojawiły się pierwsze oznaki zmęczenia, słabnąca dyspozycja, bóle głowy, drętwienie ręki. Już w nie najlepszej formie był na koncertach listopadowych 2012 w Chicago. Grudniowa sesja z Nigelem Kennedym w studiach Abbey Road w Londynie zupełnie nie udała się. Były jeszcze noworoczne koncerty z Karen Edwards w Zakopanem i Jaworkach. I wreszcie ten zupełnie ostatni koncert – 12 stycznia 2013 w klubie „Blue Note” w Poznaniu. Miało to być tournee z Andrzejem Olejniczakiem, Adamem Czerwińskim i Adamem Kowalewskim. Do następnego koncertu już nie doszło. Tomografia mózgu potwierdziła straszną diagnozę – rak mózgu. 21 stycznia 2013 odbyła się operacja w Bydgoszczy, po której pozostał niedowład lewej strony ciała. Jarka czekała wielomiesięczna rehabilitacja w szpitalu. Wiadomość o jego chorobie mobilizowała środowisko. Koledzy-muzycy organizowali na rzecz Jarka koncerty w Warszawie, Krakowie, Lwowie, a nawet w Chicago. Bylo to prawdziwe pospolite ruszenie, oznaka środowiskowej solidarności. Koledzy chceli pomóc Jarkowi, dodać otuchy, okazać sympatię i podziękować. W dniach 15-16 kwietnia 2013 przyjaciele zorganizowali koncert charytatywny „Gramy dla Jarka” w warszawskim Teatrze Capitol. Wystąpili wówczas Wojciech Karolak, Michał Urbaniak, Zbigniew Namysłowski, Andrzej Jagodziński, Marek Bałata, Jan Ptaszyn Wróblewski, Piotr Wrombel, Piotr Lemański, Paweł Perliński, Marek Napiórkowski, Krzysztof Herdzin, Leszek Kułakowski, Jerzy Małek, Kuba Stankiewicz, Paweł Kaczmarczyk, Joachim Mencel, Ewa Bem i wielu innych – Full Concert cz. 1 cz. 2 Ostatnie dwa miesiące życia Jarek Śmietana spędził u siebie w domu, pod troskliwą opieką rodziny. Czuwały przy nim żona Anna i córka Alicja. Jarosław Śmietana zmarł 2 września 2013, u siebie w domu w Krakowie. Odszedł po wielomiesięcznej walce z nieuleczalną chorobą, wskutek powikłań po operacji usunięcia guza mózgu. Miał 62 lata. 13 września 2013 prochy Jarka Śmietany spoczęły w Alei Zasłużonych na krakowskim Cmentarzu Rakowickim. Pośmiertnie został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. [*] „Od momentu wykrycia guza mózgu i operacji, którą przeszedł w styczniu, Jarek był sparaliżowany. Spodziewaliśmy się najgorszego, ale moment jego odejścia jest wielkim szokiem dla środowiska polskiego jazzu. W chwili śmierci Jarek miał 62 lata. Był jeszcze młody wiekiem i – przede wszystkim – młody duchem. Był jednym z najbardziej aktywnych muzyków jazzowych, pomysłodawca rozlicznych projektów. Prowadził swój zespół, big band, nagrywał z orkiestrami symfonicznymi, z łatwością nawiązywał kontakty z muzykami amerykańskimi Skupiony na pracy i zarazem rozpędzony, był siłą napędową polskiego jazzu. Był świetnym kompozytorem. Jego muzyka była nasycona bluesem, miała ekspresję rocka i była bardzo komunikatywna” – powiedział Paweł Brodowski po śmierci Jarosława Śmietany „To wielka strata dla polskiej kultury. Odszedł jeden z ostatnich takich charyzmatycznych liderów, których w obecnej sztuce jazzowej już niewielu zostało, potrafiących narzucić swój styl. On na pewno był jedną z takich osób, nadających ton nie tylko jazzowi krakowskiemu, ale i polskiemu. Wywarł również duży wpływ na postrzeganie muzyki jazzowej. Uczył, jak sprzedawać muzykę jazzową, żeby była zrozumiała dla ludzi niekoniecznie lubiących jazz. On potrafił łączyć gatunki bluesa, jazz-rocka, i to jest jego wielka zasługa. Był też – o czym mało kto wie – chyba najbardziej znanym jazzmanem w rejonie Zatoki Perskiej, gdzie występował na festiwalach jazzowych, organizowanych tam przeze mnie od 20 lat. Dla mnie bardzo ważna osoba, która od samego początku współtworzyła Letni Festiwal Jazzowy w Krakowie” – skomentował Witold Wnuk „Dzisiaj o 17:15 odszedł do Pana mój Dowódca z Wietnamu. Nikt Go nie zastąpi. Do zobaczenia, mój Bracie…” – napisał na profilu społecznościowym Piotr Baron, saksofonista jazzowy, przyjaciel Jarosława Śmietany. Piotr Baron jest znakomitym jazzowym saksofonistą, tak jak znakomitym gitarzystą był Jarosław. Obaj – wizytówka polskiego jazzu. Tworzyli razem projekt Sounds Wacław Krupiński na portalu napisał o Jarosławie Śmietanie: „W 1970 usłyszał płytę „Bitches Brew” Milesa Davisa. Ona rozstrzygnęła o wszystkim. Wtedy nie mógł przewidzieć, że dekadę później, podczas pobytu w Nowym Jorku, spędzi u genialnego trębacza wiele godzin. Podczas jednej z rozmów wyznał mi: „To był punkt zwrotny w moim myśleniu o muzyce. To Miles utwierdził mnie w przekonaniu, że bez względu na krytykę i opinie ludzi, należy tworzyć własną muzykę, i robić to, o czym jest się przekonanym, że jest dobre. To była najważniejsza nauka z tego spotkania – że trzeba być uczciwym wobec siebie, nawet jeśli popełnia się błędy”. Posłuchajmy: „Bieganie po Manhattanie / Manhattan Jogging” z albumu „Talking Guitar” 1984 Jarosław Śmietana – electric guitar Wojciech Groborz – fender piano Antoni Dębski – bass guitar Jacek Pelc – drums, percussion Jerzy Bartz – conga, percussion Henryk Miśkiewicz – alto saxophone Zbigniew Jaremko – tenor saxophone Henryk Majewski, Robert Majewski – trumpet Roman Syrek – trombone Jan Baytel – flute „Georgia” – Andrzej Zaucha & Jarosław Śmietana @ Festiwal Standardów Jazzowych, Live in Siedlce 1991 Jarek Śmietana International Quintet – Jazz Jamboree 1994 Jarosław Śmietana – gitara Eddie Henderson – trąbka Piotr Baron – saksofon tenorowy Andrzej Cudzich – kontrabas Greg Bandy – perkusja Jarosław Śmietana „Czarny Orfeusz” („Black Orfeus”) 2009 Jarek Śmietana & John Abercrombie – „Forest Power” 2009 Jarosław Śmietana feat. Z-Star – „Psychedelic – Music of Jimi Hendrix” Live 2010 Jarek Śmietana Band – „Little Wing” Live @ Festiwal Bluesroads 2010 Jarek Śmietana Band – „Need Your Love So Bad” Live @ Festiwal Bluesroads 2010 „Power of Trio” (Jarosław Śmietana, Krzysztof Ścierański, Adam Czerwiński), Live in Hotel Prezydent Krynica-Zdrój 2011 Śmietana, Ścierański, Czerwiński, Neal – „Little Wing”, Live in Studio im. Agnieszki Osieckiej 2011 Jarek Śmietana – Zaduszki Jazzowe, Live in Chicago 2012 archiwum_x, Index-Down, URODZINY • Koniec lat 70-tych – czas narastającego w kraju głębokiego kryzysu gospodarczego i my – spragnieni fani polskiej muzyki rockowej, którzy „łykaliśmy” wszystko co wychodziło wówczas z rodzimych tłoczni fonograficznych Pronitu, Tonpressu, Polskich Nagrań…. Nie przeszkadzało, że płyty trzeszczały, okładki nie posiadały grzbietów, a grafika (poza nielicznymi wyjątkami) była fatalna. Płyty można było kupić nie tylko w księgarniach i salonach EMPiK-u, ale także w innych dziwnych miejscach: na stacjach CPN, dworcach kolejowych, kasach biletowych PKS-u… Pamiętam, że singiel „Polowanie na leśniczego” wypatrzyłem w… kiosku Ruchu. Znajoma sprzedawczyni odkładała mi w nim najważniejszy (i zarazem najbrzydszy) w tym czasie miesięcznik muzyczny „Non Stop”. Nazwa grupy kompletnie nic mi nie mówiła, za to spodobał mi się tytuł, który skojarzył mi się – nie wiedzieć zresztą czemu – z… czeską piosenką Ivana Mladka i grupy Banjo Band „Jożin z bażin”! Okazało się, że przez przypadek nabyłem jeśli nie najlepszy, to na pewno jeden z najbardziej interesujących polskich singli wydanych w Polsce w 1979 roku! KWADRAT to jeden z tych zespołów, który wpisuje się w legendarny polski nurt Muzyki Młodej Generacji. Powstali w lutym 1977 roku podczas bluesowego boomu w samym centrum polskiego bluesa, na Śląsku, a dokładnie w Katowicach. Od początku zaliczany był do grona najciekawszych polskich zespołów grających jazz rocka. Przez grupę przewinęło się ponad dwudziestu znakomitych muzyków o rozmaitych gatunkowych fascynacjach z pogranicza jazzu, rocka i bluesa w tym Adam Otręba (Dżem), Michał Giercuszkiewicz (Dżem, Bezdomne Psy, Śląska Grupa Bluesowa), Józef Skrzek (Grupa Niemen, SBB), Irek Dudek, Andrzej Zaucha… Liderem formacji był Teodor Danysz, klawiszowiec i główny kompozytor, który zakładając zespół miał jego sprecyzowaną wizję: grać jazz rocka i bluesa rocka. Jego upodobania do karkołomnych „łamigłówek muzycznych” z wyrafinowanymi zmianami tempa i melodii robiły niesamowite wrażenie. Nie dziwi zatem, że z czasem muzyka zaczęła ewoluować w stronę rocka progresywnego. Grupa KWADRAT (foto 1978). Stoi Zb. Gocek (menadżer). Nad nim od lewej: A. Otręba(g), M. Giercuszkiewicz(dr), T. Danysz(kbd), J. Gazda(bg), R. Wegrzyn(g). Muzycy całymi dniami ćwiczyli w Klubie Studenckim „Kwadraty” mieszczącym się w Akademii Ekonomicznej w Katowicach, stąd nazwa zespołu. Ważną osobą w otoczeniu grupy był Zbyszek Gocek, pełniący funkcję Organizatora Występów Artystycznych (słowo „menadżer” to dopiero określenie z przyszłości), który z wielkim zaangażowaniem i godnym podziwu entuzjazmem zajmował się organizacją ich koncertów. A zadebiutowali w lipcu 1978 roku na Studenckich Warsztatach Muzycznych w Raciborzu, gdzie dostali wyróżnienie. Z miejsca zainteresował się nimi Śląski Jazz Club działający w Gliwicach oferując regularne występy i inwestując pierwsze pieniądze w folder reklamowy. Tekstem opatrzył go Marcin Jacobson, znany producent muzyczny i współtwórca ruchu Muzyki Młodej Generacji, a fotografiami Mirosław Rakowski. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Zespół odbył liczne koncerty, wziął też udział w II Festiwalu Muzyki Młodej Generacji w Sopocie w 1979 roku, oraz w Międzynarodowych Konfrontacjach Muzycznych MMG „Pop Session' 79” w sopockiej Operze Leśnej. Do tego doszły sesje nagraniowe w Polskim Radio w Katowicach, zaś 12 kwietnia 1980 roku KWADRAT wziął udział w Jazz Rock Session III, występując w słynnym Studio 2 z gościnnym udziałem Józefa Skrzeka i skrzypka Wiesława Susfała… Do pełni szczęścia brakowało tylko dużej płyty. Jej namiastką był singiel zawierający dwa instrumentalne nagrania: „Polowanie na leśniczego”/”Quassimodo” wydany przez Tonpress. Singiel „Polowanie na leśniczego” (Tonpress 1979) Te dwa utwory to przykład kapitalnego melodyjnego jazz rocka z symfoniczno progresywnym rozmachem. Rasowe, wielowątkowe i technicznie perfekcyjne fussion w stylu późniejszego SBB. Tytułowy utwór mimo, że był kompozycją instrumentalną zdobył sporą popularność. Niestety jest to jedyne fonograficzne wydawnictwo jakie ukazało się „za życia” zespołu. Mała płytka, choć wyśmienita nie mogła ani zaspokoić ambicji muzyków, ani oczekiwań wielbicieli. Poza tym czasy były takie, że rockowa grupa bez wokalisty przestała mieć rację bytu. Teodor Danysz zaczął więc rozglądać się za frontmanem. Przez zespół przewinęli się Elżbieta Mielczarek, Ireneusz Dudek i Andrzej Zaucha. Współpraca z tym ostatnim wydawała się wielce obiecująca: wspólne wyjazdy, koncerty, sesja nagraniowa w listopadzie 1981 roku w rozgłośni Polskiego Radia w Katowicach… Wszystko to pozwalało z optymizmem patrzeć w przyszłość. Niestety, marzenia prysły jak bańka mydlana. Zburzył je stan wojenny wprowadzony kilka tygodni później. Życie kulturalne w kraju zamarło na kilka miesięcy, Zaucha na dobre przeniósł się do stolicy, a Danysz zaczął szukać nowego wokalisty… Ostatecznie został nim Wojciech Gorczyca, który co prawda miał mniejsze możliwości wokalne niż były członek Dżambli, ale lepiej wpisywał się w rockowo bluesową stylistykę grupy. Przez kilka lat swej działalności KWADRAT często odwiedzał studio nagraniowe katowickiego oddziału Polskiego Radia starając się na bieżąco rejestrować regularnie powstające nowe nagrania. Niestety zabrakło jednak tej wisienki na torcie, tego co dla kapeli rockowej najważniejsze – płyty długogrającej. Dopiero Metal Mind prawie ćwierć wieku po rozwiązaniu zespołu postanowił ocalić część z tych nagrań wydając je na płycie zatytułowanej tak jak najsłynniejsza ich kompozycja – „Polowanie na leśniczego”. Kwadrat „Polowanie na leśniczego” (1979-1982) Zebrano na niej osiemnaście utworów radiowych zarejestrowanych w ciągu siedmiu sesji pomiędzy październikiem 1979, a grudniem 1982 roku. Wszystkie z tego samego katowickiego studia radiowego. Album pokazuje przekrój tego, co działo się w polskiej muzyce tuż przed wielkim rockowym boomem lat osiemdziesiątych. Nie należy oceniać go jako spójne i skończone dzieło, bo takim nie jest. Pokazuje nam raczej drogę jaką zespół podążał przez te kilka lat, jak świetnie łączył jazz z rockiem progresywnym, symfonicznym, oraz bluesem z elementami hard rocka, a nawet ambitnego popu. W większości są to nagrania instrumentalne z pięknymi harmoniami zdominowanymi przez bogate i dynamiczne przejścia syntezatorów i gitary, z towarzyszeniem basu, perkusji i (okazjonalnie) skrzypiec i saksofonu. I nie przeszkadza mi, że nagrania nie zostały ułożone chronologicznie – całej płyty słucham z wielką przyjemnością! Trudno mi tu też wyróżnić jakikolwiek utwór – wszystkie one godne są uwagi. „Boy Friend” to przykład rocka progresywnego z inklinacjami w stronę fussion. Tu zwracam uwagę na świetne partie skrzypiec Wiesława Susfała… „Taxi to znakomity dialog klawiszy z gitarą choć sprawia wrażenie wariacji na temat „Polowania…”; „Bieg” ma liczne zmiany tempa i nastroju, a „Jump” ogniście rockową solówkę gitarową. „Adaś” mimo jazzrockowej stylistyki skręca w stronę szlachetnego popu. Dobry poziom trzyma „Dłuższy moment” z gościnnym udziałem Anthymosa Apostolisa na perkusji z nieistniejącego już wtedy SBB okraszony intrygującą partią solową klawiszy i gitary… Podczas listopadowej sesji w 1981 roku doszło do spotkania Danysza z Andrzejem Zauchą, który po sąsiedzku nagrywał z Extra Ball. Namówiony przez lidera KWADRATU piosenkarz zgodził się na współpracę, czego efektem były nie tylko wspólne koncerty, ale też i wspólne nagrania. Co prawda popowy „Obojętnie kim jesteś” niewiele ma wspólnego z KWADRATEM, ale już balladowe „Ktoś raz to szczęście da” przekonuje jak najbardziej – mocniejsze, niemal hardrockowe uderzenie podrasowane zostały melancholijną partią klawiszy. Z tego co wiem, tych nagrań było odrobinę więcej („Na progu zdarzeń”, „Spróbuj mnie dogonić”, oraz „Dawny świat marzeń”), lecz nie znalazły się na albumie. Co prawda „Na progu zdarzeń” jest tu obecne, tyle że w wersji instrumentalnej. Miejsce wokalu zajmuje saksofon Mariana Koziaka i harmonijka ustna Irka Dudka… Cztery kolejne utwory słyszymy w wykonaniu młodego Wojtka Gorczycy, wówczas studenta ekonomii w Katowicach. Są to rhythm and bluesowy, całkiem fajny „To co, że masz 16 lat” (tekstowo być może inspirowany piosenką Perfectu „Bla bla bla”), przebojowy „Każdy patrzy swego nieba”, blues rockowy „Nie wierz w bajki” oraz balladowy „Taki pusty świat„. Cóż, wstydu nie było, ale (szczerze?) brakuje mi tu tego artystycznego sznytu, które wyróżniało grupę KWADRAT jeszcze dwa lata wcześniej. Po zakończeniu działalności grupy Teodor Danysz, Ryszard Węgrzyn i Wojciech Gorczyca wycofali się z muzycznego biznesu. Adam Otręba oddał się całkowicie Dżemowi do którego zabrał Michała Giercuszkiewicza, a Jacek Gazda zasilił Easy Rider, grał także z Janem Skrzekiem w Bezdomnych Psach. KWADRAT zostawił po sobie jeden znakomity singiel, który swego czasu wypatrzyłem w małym kiosku „Ruchu” i wydany po latach zbiór radiowych nagrań. Dobre i to , choć chciałoby się więcej…

grupa jazz rockowa z zaucha