35 rocznica procesu znanego szermierza Jerzego Pawłowskiego. 25 lat więzienia za współpracę z NATO i CIA — taki wyrok usłyszał słynny szermierz Jerzy Pawłowski. Przed sądem
Oct 7. Pozdrawiam Wacula. Ja się tylko trzymam Jezusa Chrystusa, tzrymam się Prawdy bo Prawda jest najważniejsza jak mówi ks M Bąk. Jezus nauczał z Mojżesza i ja nauczam z Mojżesza, ze Starego Testamentu, z Ewangelii Jana, z Rewelacji Jana, że gwiazdy spadać będą na Ziemię. W heliocentryzmie najbliższą gwiazdy oddalili na 4 lata
Do ataku na rządzących polityków wyraźnie zachęcił A. Holland dziennikarz „Wyborczej” R. Pawłowski, uskarżając się w skierowanym do reżyserki pytaniu na tropienie spadkobierców Komunistycznej Partii Polski (KPP) przez J. Kaczyńskiego (przypomnijmy, że w obecnej „Wyborczej” aż roi się od dzieci znanych KPP-owców!).
Agnieszka Holland stwierdziła, broniąc zachowania jej ojca: “Wiem od mamy, że doświadczenie tego procesu było dla niego przełomowe”. Sugerowała w ten sposób, że Henryk Holland pod wpływem doświadczeń procesu zmienił się w sposób “przełomowy”, czyli nabrał głębokiego krytycyzmu wobec stalinizmu.
The reason for the struggle is my long-kept dream of becoming an Architect. Now that it’s nearly in my reach, I’m getting more confident for my choice. I want to have an influence on the world around and create innovative buildings that influence the identity of a place. Piotr Pawłowski. I as many am an 5th year Architecture (Conservation
kata sindiran buat orang serakah harta warisan. Ryszard Pawłowski był ostatnim, który miał przed śmiercią kontakt z Jerzym KukuczkąNasz znakomity himalaista zginął pod południową ścianą Lhotse 24 października 1989 roku"Nie odprowadzałem zbyt długo wzrokiem spadającego Jurka. Wiedziałem, że poniósł śmierć. Na początku się zsuwał, ale potem odbijał się od skał. Nikt nie byłby mu w stanie pomóc. Z wielkim prawdopodobieństwem mogę powiedzieć, że miał potężne wewnętrzne obrażenia i był nie do uratowania" - przyznał 69-letni Pawłowski w rozmowie z Onet SportPrzypominamy tekst sprzed dwóch lat z okazji 32. rocznicy śmierci KukuczkiWięcej takich historii znajdziesz na stronie głównej OnetuRazem z Jerzym Kukuczką wspinał się pan w wysokich górach, ale razem penetrowaliście też Oczywiście. To nie było tak, że Jurek od razu pojechał na ośmiotysięcznik. Dużo chodził po Tatrach. Jurek należał do harcerskiego klubu taternickiego. Oni chodzili po jaskiniach. W tym czasie byłem w klubie speleologicznym w Katowicach. Zdarzało się, że organizowaliśmy wspólne wyjazdy. Jedną z ważniejszych wypraw było wówczas zejście do dna Jaskini Wielkiej Śnieżnej. Jest ona najdłuższa i najgłębsza w Polsce. Jurek wiele wspinał się też w skałkach czy w Tatrach. Wiele dróg zostało przez niego wytyczonych i noszą jego imię. W Tatrach miał też wiele przejść zimowych. To były lata, kiedy w tych górach była mocna rywalizacja. Wiele wspinał się też w Dolomitach. W 1981 roku razem byliśmy w górach w Nowej Zelandii. Tam zresztą Jurek miał wypadek i ściągał helikopter. Jego pierwszą poważniejszą wyprawą w góry była ta na Alaskę na Mount McKinley. Miał wtedy poważniejsze odmrożenia. Groziła mu nawet amputacja stopy. Kanadyjscy lekarze uratowali ją jednak i skończyło się tylko - zdaje się - na przycięciu palca u nogi. Poszła wtedy taka fama, że Jurek nie nadaje się w wysokie góry, bo ma problemy z tak było?- Częściowo tak było, bo Jurek wolniej się aklimatyzował od innych. Wolniej się rozkręcał, ale za to potem miał niesamowitą determinację. Tak było chociażby pod Makalu, kiedy byli z Wojtkiem Kurtyką. Ten ostatni miał wątpliwości, bo aura nie była korzystna. Jurek w pewnej chwili się spakował i mimo załamania pogody samotnie wszedł i zszedł z Makalu. Niewielu mogło uwierzyć w to, czego dokonał. Tym bardziej że wszedł nową drogą. Choć stanowili idealny duet z Wojtkiem, chyba najlepszy wówczas na świecie, to ich drogi rozeszły się pod Gaszerbrumem IV. To było symboliczne pan na tej wyprawie?- Tak. To była wyprawa obfitująca w wiele przygód. Jechaliśmy tam wypożyczoną ciężarówką od kolegi z Wiednia. Byliśmy gdzieś w pobliżu Skardu. Samochód prowadził Jurek, który nie chciał nikomu oddać kierownicy, a to było już nad ranem. Siedziałem koło niego z przodu w krótkich spodenkach. Być może Jurek przysnął w pewnym momencie. Stracił panowanie nad kierownicą i uderzył w betonową zaporę. Siedziałem z nogami opartymi na desce rozdzielczej. Uderzenie było tak mocne, że wyleciałem przez szybę i przeleciałem dobre 8-10 metrów. Na szczęście byłem wygimnastykowany, bo czynnie uprawiałem judo w tym czasie - byłem nawet wicemistrzem województwa katowickiego - i automatycznie schowałem głowę. Spodenki, który miałem na sobie, znalazły się na kostkach. Na plecach byłem poorany tak, jakby tygrys dorwał mnie swoimi łapami. Na szczęście nic poważnego mi się nie stało. Zaczęło się załatwianie części. Siedzieliśmy więc bezczynnie. Jurek zauważył, że miejscowi swoimi metodami pędzą bimber z takich żółtych śliwek. Pojechał z nimi na targ. Kupił rureczki i gar ciśnieniowy. I wyraźnie poprawili dzięki temu jakość tego bimbru. Kiedy przyjechaliśmy tam rok później, to mieli już całą także - Cecylia Kukuczka: nie mam żalu do tych górBył pan wówczas w zespole z Kukuczką?- Byłem w ekipie Janusza Majera, która zdobywała Broad Peak. Jurek z Wojtkiem z kolei chcieli przejść trawers całego masywu Borad Peaku, a my mieliśmy zabezpieczyć drogę. Wojtek długo namawiał wówczas Jurka na zdobycie Świetlistej Ściany. Kiedy jednak doszli pod nią, to oznajmił, że nie czuje się psychicznie na siłach. Zrezygnował. Wtedy postanowili od siebie odetchnąć i nigdy już nie wrócili do wspólnego działania. Wojtek był nastawiony na zupełnie inne wspinanie się. Z kolei Jurek został wciągnięty w rywalizację z Reinholdem Messnerem. I rzeczywiście robił to w dobrym stylu, bo albo zimą, albo nową drogą. Robił to o wiele lepiej niż Messner. Zaczął jednak wspinanie w wysokich górach dużo później od Włocha, więc był bez szans na zdobycie przed nim Korony Himalajów i pan, że Kukuczka został wciągnięty w rywalizację z Messnerem. Kto się do tego przyczynił?- Głównie media. Dziennikarze chcieli wycisnąć z ich rywalizacji, ile się dało, choć wynik był z góry przesądzony. Messner doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że Koronę Himalajów i Karakorum ma w kieszeni. Ostatnie szczyty zdobywał normalnymi drogami, a całą robotę za niego wykonywali Szerpowie. Jurek jednak nie odpuszczał i gonił. W jednym roku zdobywał dwa-trzy szczyty. Podłączał się do wypraw, które miały już wszystko przygotowane. Był drugi, ale - jak napisał mu Messner - był wielki. Choć znaliście się doskonale, to tak naprawdę tylko dwa razy był pan partnerem Kukuczki w Himalajach. I w obu przypadkach to była wyprawa na południową ścianę Zgadza się. Za pierwszym razem byliśmy tam w 1985 roku. Razem z nami był jeszcze Rafał wtedy Kukuczce nie dawało spokoju to, że na Lhotse wszedł tylko drogą Rzeczywiście jego pierwszym zdobytym ośmiotysięcznikiem było Lhotse. To my, czyli Klub Wysokogórski w Katowicach, wymyśliliśmy ten projekt. Bardzo spodobała nam się ta południowa ściana Lhotse, która potem stała się obsesją innych 1985 roku nie udało się zdobyć Lhotse południową To prawda. W dodatku śmierć poniósł tam Rafał Chołda, który spadł bezszelestnie na trawersie na wysokości około 7500 metrów. Poleciał do kotła prawie trzy kilometry w dół. Dwa lata później śmierć pod tą ścianą poniósł też Czesiu Jakiel. To była wyprawa zorganizowana przez Krzyśka Wielickiego. W 1989 roku na zdobycie Lhotse południową ścianą zdecydował się Messner. Zaprosił wówczas do tej wyprawy Artura Hajzera i Krzysia Wielickiego. Z tego, co wiem i raczej nie jest to wielka tajemnica, brak zaproszenia mocno podrażnił Messnera też nie była w stanie osiągnąć celu. To spowodowało, że Kukuczka zaczął naprędce zestawiać skład na atak na Lhotse południową ścianą?- To nie był skład z łapanki. Poza Jurkiem i mną był przecież jeszcze Maciek Pawlikowski, który od kilku lat działał w Himalajach. Był Przemek Piasecki, który też operował w wysokich górach. W składzie znalazł się też Tomasz Kopyś i oczywiście Rysiek Warecki, który odpowiadał za organizację. Byłem ambitny i chciałem pojechać na tę wyprawę. Tym bardziej że już raz tam byłem z także: Ostatnia wyprawaDługo czekaliście na dobre I to nas trochę męczyło. Tak naprawdę chętnym do wyjścia na szczyt byłem tylko ja i Jurek. Nikt nie chciał już iść. Pawlikowski był trochę przeziębiony i kasłał. Piasecki był mocno wyciszony po śmierci Wojtka Wróża na K2 w 1986 roku. Byli dobrymi kolegami. W pewnym momencie Jurek nawet zaproponował, żebyśmy poszli jeszcze inną drogą. Takim nowym filarem. Starałem się wybić mu ten pomysł z głowy, bo nie mieliśmy rozpoznanej tej ściany, a do tego było kilka dni do zakończenia wyprawy. Tłukłem mu do głowy, że olbrzymim sukcesem będzie wejście na szczyt drogą, którą wcześniej obraliśmy i mieliśmy ją rozpoznaną. W końcu przytaknął. Na 8000 metrów mieliśmy płachtonamiot i tam czekaliśmy na dobre warunki kilka dni. Na górze jednak wiało niesamowicie. Wiatr robił taki hałas, jakby nad nami przelatywały odrzutowce. Do tego nie było wtedy tak precyzyjnych prognoz pogody jak teraz, kiedy wiadomo, że pojawi się okienko Pawłowski i Jerzy Kukuczka pod południową ścianą Lhotse - Archiwum rodzinne Ryszarda Pawłowskiego / Materiały prasoweByła szansa na to, by dokonać tego spektakularnego wejścia?- Jak najbardziej. Mieliśmy aklimatyzację, a do tego nagle wiatr ucichł. Pojawiła się niesamowita szansa na zrobienie wyglądał ten dzień?- W drogę ruszyliśmy o świcie. Pojawiły się nawet niewidziane dawno promienie słońca. Nie było wiatru i to dawało nadzieję na sukces. Chcieliśmy wrócić tą samą drogą, ale mieliśmy też inną Po drugiej stronie, na drodze normalnej, Carlos Carsolio zostawił namiot z jedzeniem. Mieliśmy zatem zabezpieczenie na wypadek, gdyby zejście tą samą drogą było zbyt wróćmy do momentu, kiedy wyszliście?- Jurek zaczął prowadzić. To już był teren, w którym trzeba było się trochę wspiąć. Nie było może ekstremalnie, ale trzeba było trochę się powspinać. Byliśmy związani pojedynczą liną, choć powinno się ją składać podwójnie, ale to wcześniej ustaliliśmy z Jurkiem. Obaj podjęliśmy ryzyko. Całkiem świadomie, bo przecież obaj potrafiliśmy się dobrze wspinać. Dzięki temu mogliśmy szybciej pokonywać ścianę. Jurek w pewnym momencie był około 50 metrów nade mną. Wydawało mi się, że zakładał przeloty. Widziałem go na płytach skalnych, które były pokryte śniegiem. W pewnym momencie zaczął się jednak zsuwać. To jednak nie jest nic niezwykłego w górach. Wydawało mi się, że się się jednak nie Widzę jednak, że nie zadziałał jeden przelot, potem drugi. Nagle zaczął się odbijać od skał i - ku mojemu przerażeniu - zaczął spadać z wielkim impetem. Przeleciał obok mnie. Nie słyszałem żadnego jego krzyku. Wszystko, co mogłem zrobić wówczas, to skulić się i czekać. Byłem przekonany, że już nic mnie nie uratuje, bo byliśmy związani liną, z którą on spadał. Nagle szarpnięcie. Rzuciło mnie na ścianę, a za moment pojawił się luz. Poczułem się wolny. Okazało się, że lina pękła na ostrej krawędzi. To się w górach zdarza. Zostałem bez radiotelefonu, bo ten był w plecaku Jurka. Co mi pozostało? Byłem już w takich sytuacjach, kiedy samotnie wspinałem się po Tatrach zimą i widziałem też śmierć ludzi. Przez wiele lat pracowałem na kopalni i tam też widziałem mnóstwo koszmarnych wypadków śmiertelnych. Miałem chwilę odrętwienia, bo w końcu zginął przyjaciel, ale też znakomity himalaista. Szybko jednak zacząłem myśleć o tym, by się ratować. Trzeba było schodzić, ale samemu nie było wcale tak łatwo. Zaczynało się robić ciemno, a na dodatek straciłem w pewnym momencie lampkę czołową. Nie odważyłem się schodzić po płytach. Postanowiłem więc zabiwakować. Miałem folię NRC, ale wiatr wyrwał mi ją z rąk. Przesiedziałem do rana. Następnego dnia zobaczyłem kolegów, którzy akcja ratunkowa?- Tak. Rysiek Warecki starał się szukać ciała, ale nie znalazł. Wówczas jednak zgłosiliśmy, że odnaleźliśmy je, bo dzięki temu można było ruszyć procedurę odszkodowania dla rodziny zdobycia Lhotse południową ścianą nie była tak trochę na siłę? Ciążyła na was przecież duża presja, bo była szansa na dokonanie czegoś, czego nie zrobił Messner. Poza tym cały czas była z wami Może rzeczywiście tak było. Może ktoś chciał zrobić z tego show. Teraz niemal każda wyprawa tak wygląda. Jurek rzeczywiście był do bólu ambitny. Skoro nie zrobił tego Messner, to może to go nakręciło. Nie wiem, co siedziało w jego głowie, bo nie spędzałem z nim zbyt wiele czasu. To, co się tam wydarzyło, to był zbieg okoliczności. Niesamowicie tragiczny. Nawet gdybyśmy nie weszli i wycofalibyśmy się, to pogoda była na tyle dobra, że nie byłoby wypadku. Jestem tego pewien. Szkoda że nam się nie udało, bo ta ściana nam się należała. Rok później tego wejścia dokonali Rosjanie Siergiej Bierszow i Władimir było żalu do pana w środowisku po śmierci Kukuczki? A może pan sam miał też żal do siebie, że nie zrobił wszystkiego, co mógł? W filmie dokumentalnym Pawła Wysoczańskiego "Jurek", nieżyjący już Artur Hajzer mówi takie słowa, tłumiąc płacz: "Ryśku Pawłowski, partnerze Kukuczki, jak mogłeś dopuścić do tego, by odpadł od ściany". To był zarzut?- Nie wiem, czy to był zarzut. Na szczęście nie ciąży mi bardzo ten wypadek, choć mam świadomość, że zginęła wielka postać. Staram się puszczać mimo uszu komentarze, jakoby miałem odciąć linę Jurkowi. W górach to nie jest tak, jak w filmach sensacyjnych. Nikt specjalnie nie czeka z nożem. Jestem instruktorem i nas uczyli, co zresztą przekazuję, że w górach twój partner musi być w zasięgu wzroku. Bez względu na to, czy jesteś związany liną, czy nie. W pierwszej kolejności zawsze trzeba pomóc partnerowi. Dlatego swoim kursantom przekazuję, że partner w górach jest najważniejszy i dopóki można, to trzeba go ratować. W tym wypadku sytuacja była zupełnie inna. Mogłem ratować tylko i wyłącznie swoje życie, bo partnera już nie odprowadzał pan wzrokiem Jerzego Kukuczkę?- Nie. Wiedziałem, że poniósł śmierć. Na początku się zsuwał, ale potem odbijał się od skał. Nikt nie byłby mu w stanie pomóc. Z wielkim prawdopodobieństwem mogę powiedzieć, że miał potężne wewnętrzne obrażenia i był nie do się kiedyś jeszcze odnaleźć jego ciało?- Trudno powiedzieć. Nawet nie wiemy, czy Jurek spadł do podstawy ściany. Raczej nie. Tak samo było z Rafałem Chołdą, którego też nie znaleźliśmy. To potężna ściana, która z daleka wydaje się pionowa. Natomiast są w niej różne zagłębienia czy szczeliny. Od wielu lat działają tam Koreańczycy, którzy mają bzika na punkcie tej południowej ściany. Nikt do tej pory nie natrafił na ciało Jurka. To byłoby niesamowite, gdyby kiedyś udało się je było chyba też innym uwierzyć w śmierć Kukuczki?- Rysiu Warecki i Elżbieta Piętak z telewizji, którzy tam byli z nami, w pewnym momencie zobaczyli schodzący punkt. Byli przekonani, że to Jurek, choć - jak przyznali - doceniali też moje jakim człowiekiem był Jerzy Kukuczka?- Jurek miał olbrzymią determinację. Nie znałem drugiej takiej osoby. Mieszkaliśmy blisko siebie i obaj należeliśmy do Klubu Wysokogórskiego w Katowicach. Mimo tego nie mieliśmy zbyt wielu okazji do tego, by razem się wspinać. Z różnych względów. Jako kolega był bardzo sympatyczny. Potrafił się też zabawić. Nigdy nie załatwiał spraw na siłę. Nigdy nie starał się na siłę przeforsować swojego zdania. Był człowiekiem bardzo religijnym. Zawsze polecał się opiece Boga. Nawet raz zgubił krzyżyk, co go bardzo zaniepokoiło. Znalazł go jednak w śniegu. Dla mnie on był idolem."Kukuś", "Major Golonka", "Smakosz" - tak nazywaliście też swojego kompana z To prawda. Jurek należał do typu ludzi, którzy lubią dobrze zjeść i jeszcze sami to upichcą. Ja nie potrafię nic przyrządzić. W życiu mi się nie zdarzyło, bym obrał ziemniaki czy ugotował makaron. Co najwyżej potrafię zrobić kanapkę i herbatę. Jurek z kolei potrafił coś przyrządzić. Do tego dawało mu to wielką satysfakcję, że może zrobić to dla innych. To były czasy, kiedy trudno było o jakikolwiek towar w naszym kraju. Na szczęście mieliśmy zaprzyjaźniony sklep, w którym otrzymywaliśmy jedzenie z zaplecza. Były tam między innymi puszki z szynkami i golonkami. Nie było na nich nalepek, tylko jakiś drobny nadruk, z którego nie można było nic wyczytać. Jurek brał zazwyczaj te puszki. Sprawdzał w rękach ich wagę i bezbłędnie wskazywał, gdzie jest golonka. Stąd ksywka "Mister Golonka".Podobno wypalał też dużo papierosów?- Palił, ale nie jakoś specjalnie dużo. Raczej lubił zapalić tak dla szpanu. Najczęściej na ma na koncie aż 11 ośmiotysięczników. Nigdy nie kusiło, by skompletować Koronę Himalajów i Karakorum?- Nie. Dla mnie jest na to prosta odpowiedź, choć ludzie tego nie rozumieją. Ci, którzy zaczęli kolekcjonować Koronę Himalajów i Karakorum, a takich jest wielu, robili to w takim stylu, jaki nie przystoi, by się tym chwalić. Wchodzili z Szerpami i z butlą z tlenem. Nie chciałem tego. Mnie coś takiego nie interesowało. Na tlenie wchodziłem tylko na Mount Everest, ale jako przewodnik. Kiedy Jurek czy inni nasi wspinacze zdobywali ośmiotysięczniki, mnie to po prostu nie interesowało. Wspinałem się w tym czasie w górach średnich, ale trudnych technicznie. To mnie wtedy pociągało. W 1984 roku wszedłem na Broad Peak, a kolejny ośmiotysięcznik zaliczyłem dopiero w 1991 roku. To była Annapurna. Na najwyższej górze świata był pan aż pięć razy. Żadnemu z Polaków nie udało się być na Mount Evereście częściej od To prawda, ale nie ma to większego pan 69 I wciąż mogę zdobyć Koronę Himalajów i Karakorum. Wystarczy, że ktoś przyszedłby do mnie i dał mi na to pieniądze. Jestem pewien, że w ciągu roku lub dwóch lat zrobiłbym trzy brakujące szczyty, czyli: Makalu, Kanczendzongę i Dhaulagiri. Dwóch z tych trzech szczytów nie osiągnąłem z własnej winy, bo musiałem wyjechać. Miałem wówczas swoją grupę do prowadzenia w Ameryce Południowej. Pod Kanczendzongą nigdy nie byłem. To nie jest szczyt komercyjny, więc potrzeba byłoby czasu i Szerpów. Mnie jednak nie bawi samo zdobywanie gór. Cieszę się tym, że jestem instruktorem. Wciąż cieszy mnie też wspinanie. Po 20 latach znowu zacząłem szkolić młodzież w Tatrach. Zdrowo się prowadzę i może dlatego czasami uchodziłem za dziwaka. Dzięki jednak temu, a także regularnym ćwiczeniom mam jeszcze nienaganną sylwetkę i wciąż chodzę po wysokich że nie zdobył pan wszystkich ośmiotysięczników, to jest pan uważany za jednego z najwybitniejszych Miło słyszeć. Może dlatego że nie ma chyba drugiej tak aktywnej na świecie osoby jak ja. Wyjeżdżam w góry z wielką intensywnością. Zawdzięczam to swojemu pan wiele przypadków, kiedy w bardzo trudnych warunkach musiał przetrwać na dużej I nie odniosłem przy tym żadnych obrażeń. Mój organizm bardzo dobrze znosi mróz. Nie miałem problemu z tym, by przenocować nawet bez płachty. Tu w grę wchodzi chyba genetyka, która odgrywa bardzo dużą rolę. Także w sporcie. Ona nie zależy od nas. Poza tym trzeba być zdeterminowanym. Nie wolno pękać w trudnych sytuacjach. Mnie one bardziej mobilizowały niż demotywowały. Nigdy, kiedy byłem w trudnej sytuacji, a takie zdarzały się wiele razy, nie sparaliżowało mnie. Ważna jest zatem psychika. Do tego wszystkiego dochodzi przygotowanie, wytrenowanie i doświadczenie. A na końcu tego wszystkiego jest tak potrzebny łut Kukuczka też wiele o tym Bo tak jest. Bywa, że ktoś spadnie z pięciu metrów i się zabije. A zdarza się tak, jak ja miałem na Pumorii, kiedy spadałem 400 metrów z lawiną, obijając się o skały. Wtedy na ostatnich kilkudziesięciu metrach wystrzeliło mnie jak z katapulty. Myślałem, że się roztrzaskam. Nagle wbiłem się w śnieg usypany przez lawinę. Rozbity miałem kask i zniszczone raki, a sam nie miałem nic połamanego. Miałem po prostu ten łut może czasami śmierć w górach jest po prostu pisana himalaistom. Przecież po wielu latach w góry powrócili Hajzer czy Maciej Berbeka i zostali w nich na zawsze. Kukuczka też miał wiele wypadków, a Lhotse przyciągało go jak magnes. Andrzej Marciniak wyszedł z kataklizmu na Mount Evereście, by 20 lat później zginąć w To są pojedyncze przypadki, które są potem nagłaśniane przez media i dlatego o tym ciągle mówimy. Dziennikarze lubią sensację i to w dodatku taką. Przecież na świecie giną tysiące ludzi, a o tym nie mówi się tak, jak o pojedynczych przypadkach w Himalajach czy w ogóle w gór są egoistami?- Czasami nasza pasja i nasza ambicja są większe niż instynkt samozachowawczy. Można mówić nawet o egoizmie. Nie myślałem nigdy o tym, by przestać się wspinać z jakieś przyczyny. Zdawałem sobie też sprawę z tego, że w górach giną nawet najwięksi. Mam taką refleksję, ale trudno nie mieć takiej, jeżeli jest się instruktorem i wspina się w górach od ponad 50 lat. Kiedy byłem młodszy, to wiedziałem, że jestem dobrze przygotowany, ale też nie stawiałem sobie celów powyżej swoich umiejętności. A skoro tak, to wiedziałem, że nic mi się nie stanie. Z biegiem czasu zacząłem jednak to ryzyko kalkulować. Kiedy było na granicy, to wolałem odpuścić. To nie znaczy, że jestem gorszy od innych. Teraz, kiedy robię komercyjne wyprawy, nie mogę sobie pozwolić na zbytnie ryzyko, bo straciłbym szansę na egzystencję, gdyby coś mi się stało. W końcu zarabiam dzięki temu, że chodzę z ludźmi po pan dwójkę dzieci. Też chodzą po górach?- Marcin miał 15 lat, kiedy wszedł ze mną na Mount McKinley. To był wtedy rekord, ale nie przywiązuję do tego wagi. Kiedy miał 14 lat, to był ze mną w Karakorum. Wchodził na przełęcze na wysokości 6000 metrów. Wiele dróg przemierzyliśmy razem w Tatrach. Nie bałem się go zabrać w góry, bo miał dobre przygotowanie. Bardziej bałem się tego, co może stać mu się na osiedlu, na którym mieszkaliśmy. Wiedziałem, że górami odciągam go od tego go nie pochłonęły jak pana?- Mój syn od 15 lat jest w Stanach Zjednoczonych. Któregoś dnia otrzymałem informację, że spadł przy wykonywaniu prac wysokościowych z dziewiątego piętra niemalże z 20 metrów na goły beton. Był niesamowicie połamany. Miał uszkodzony kręgosłup. Pierwsze jednak, co lekarze zrobili, to rozcięli go, by sprawdzić stan narządów wewnętrznych. Miał dziewięć operacji, z czego jedna - kiedy składali mu miednicę - trwała 12 godzin. Pojechałem do niego między świętami Bożego Narodzenia a Nowym Rokiem, był w klinice rehabilitacji w Bostonie. Teraz chodzi i - Tomasz Kalemba, Onet Sport***Ryszard Jan PawłowskiUrodzony w Bogatyni w 1950 roku. Zodiakalny Rak, ale Tygrys według horoskopu chińskiego, inżynier elektryk, instruktor alpinizmu, przewodnik udział w ponad 300 wyprawach w różne góry świata jako uczestnik lub organizator. Zdobył jedenaście szczytów 8-tysięcznych, min. K2 (8611 m) płn. Filarem od strony chińskiej. Jest jedynym Polakiem, który 5-krotnie stanął na szczycie Mt. Everestu (8848 m). Dokonał wielu wejść trudnymi drogami wspinaczkowymi w różnych rejonach Ziemi. Był partnerem wspinaczkowym Jerzego Kukuczki, Adama Zyzaka, Piotra Pustelnika, Janusza Majera, Krzysztofa Wielickiego i wielu innych sławnych członkiem prestiżowego The Explorers Club w Nowym Jorku, stowarzyszenia zrzeszającego ok. 3000 odkrywców i badaczy z kilkudziesięciu państw wszystkich kontynentów. Otrzymał szereg nagród i wyróżnień w dziedzinach fotografii oraz filmu dokumentalnego. Filmy Pawłowskiego były pokazywane na festiwalach górskich i w telewizji. Otrzymał trzykrotnie nagrody i wyróżnienia od ministra sportu za wybitne osiągnięcia sportowe. Szkoli młodych adeptów alpinizmu, organizuje wyprawy i występuje z prelekcjami o tematyce górskiej. Jest wciąż aktywny, pomimo prawie 50-letniego stażu w i prowadził wyprawy dla niepełnosprawnych sportowców na Alaskę, do Afryki i Patagonii w ramach programu Korona 36-letniego syna Marcina i 17-letnią córkę Pawłowski organizując wyjazdy na wszystkie kontynenty, wchodził na takie szczyty jak:Ama Dablam (6856 m) w Himalajach Nepalu – 28 razy Aconcagua (6962 m), najwyższy szczyt Ameryki Południowej - 33 razy Mt McKinley (6194 m) najwyższy szczyt Ameryki Północnej – 9 razy Island Peak (6169 m) w Himalajach Nepalu - 36 razy Mt. Everest (8848 m) od strony Nepalu i Tybetu - 5 razyPumori (7145 m) w Himalajach Nepalu - 2 razy Gaszerbrum II (8035 m) w Karakorum Pakistanu - 3 razy Cho-Oyu (8200 m) w Tybecie - 2 razy Nanga Parbat (8125 m) Himalajach PakistanuManaslu (8163 m)Elbrus (5642 m) w Kaukazie – 36 razyCotopaxi (5970 m) w Ekwadorze – 2 razyDziennikarz Przeglądu Sportowego OnetData utworzenia: 24 października 2021, 11:00Chcesz, żebyśmy opisali Twoją historię albo zajęli się jakimś problemem? Masz ciekawy temat? Napisz do nas! Listy od czytelników już wielokrotnie nas zainspirowały, a na ich podstawie powstały liczne teksty. Wiele listów publikujemy w całości. Wszystkie znajdziecie tutaj.
Jerzy Pawłowski urodził się 25 października 1932 r. w Warszawie. Wychował się w patriotycznej atmosferze. Jego dziadek walczył w Legionach, a potem do końca życia otaczał Piłsudskiego kultem. Ojciec Pawłowskiego we wrześniu 1939 r. brał udział w bitwie nad Bzurą. Uciekł z niewoli i powrócił do stolicy. Pawłowski we wspomnieniach wiele miejsca poświęca okupacyjnej batalii o przetrwanie. Wraz z matką szmuglował do Warszawy mięso. Na jego postrzeganie polskiej historii wpłynęło również Powstanie. Bił się w nim jego ojciec, a sam Pawłowski pełnił służbę pomocniczą, przenosił meldunki i żywność. Podczas starć w okolicach siedziby jego późniejszego klubu – CWKS Legii – został ranny. „Widziałem ogromne tragedie, ginęli moi koledzy (potem też ginęli, nawet wtedy, gdy umilkły strzały i wojna dobiegła końca), byłem świadkiem gwałtu własowców [właściwie funkcjonariuszy: Brygady Szturmowej SS Rosyjskiej Wyzwoleńczej Armii Ludowej – przyp. red.] na rok ode mnie młodszej dziewczynce. W końcu exodus warszawiaków. To jest moje patriotyczne ego, tego nie da się wykreślić, zmienić, stłamsić” – podsumowywał swoje doświadczenia. Wiele wniosków wyciągnął także z wydarzeń października 1956 r. Podkreślał, że tylko wówczas „przez kilkanaście godzin między niosącym nadzieję wystąpieniem [Lechosława] Goździka na Politechnice i – następnego dnia – słynnym wstecznym przemówieniem Gomułki pod Pałacem Kultury […] naród może rzeczywiście w swojej większości chciał popierać program komunistów”. PRL nazywał „imperialną okupacją”. W październiku 1956 r. był już uznanym szermierzem. Tuż po powrocie do Warszawy w roku 1945 w ruinach odnalazł szablę, która uruchomiła jego wyobraźnię. W 1949 r., a więc dopiero w wieku siedemnastu lat, rozpoczął treningi szermierki. W 1952 r. został powołany do wojska i zaczął trenować w CWKS. Tam trafił pod opiekę węgierskiego trenera Jánosa Keveya. W tym samym roku zdobył mistrzostwo Polski we florecie i wystartował na igrzyskach olimpijskich w Helsinkach. Przez dwadzieścia lat – poczynając od 1952 r. – reprezentował biało-czerwone barwy na igrzyskach, zdobył złoto olimpijskie, trzy razy srebro i raz brąz. Osiemnaście razy stawał na podium mistrzostw świata. Aż czternaście razy wywalczył tytuł mistrzowski we florecie i w szabli. Był jedynym obok strzelca Adama Smelczyńskiego polskim sportowcem, który uczestniczył w sześciu igrzyskach olimpijskich – od Helsinek do Monachium w 1972 r. Częste wyjazdy skłaniały Pawłowskiego do wyciągania wielu wniosków na temat otaczającej go komunistycznej rzeczywistości i tego, jak wiele różni ją od życia mieszkańców Zachodu. „Podczas olimpiady w Helsinkach istniały dwie wioski: dla sportowców z krajów zachodnich i oddzielna dla nas, z bloku wschodniego, za drutami. Mieliśmy zakaz wstępu do wioski zachodniej. Niewskazane było też picie coca-coli. Raz ktoś doniósł o takim przypadku i urządzono prawie dochodzenie. W końcu winowajca wytłumaczył się, że pił herbatę o podobnym kolorze, i upiekło mu się” – pisał po latach. Kolorytu środowisku ówczesnej szermierki dodawała obecność sowieckich zawodników. Pawłowski wiedział, że ich „dodatkowym” zajęciem jest praca dla wywiadu ZSRS. Już w 1950 r. szermierzem zainteresowali się polscy towarzysze funkcjonariuszy wywiadu sowieckiego. Podobnie jak wielu innych sportowców podpisał zobowiązanie do współpracy z Urzędem Bezpieczeństwa. Po latach utrzymywał, że funkcjonariusze zagrozili mu, iż w przypadku odmowy aresztują jego ojca. Pięć lat później, gdy niemal przez cały czas wyjeżdżał na zagraniczne zawody, podpisał zobowiązanie do współpracy z Głównym Zarządem Informacji WP. W raporcie zachowanym w aktach Wojskowej Służby Wewnętrznej („następcy” GZI) zadania Pawłowskiego określono jako „zabezpieczenie kontrwywiadowcze ekip sportowych wyjeżdżających do krajów kapitalistycznych”. Dodano, że jego aktywność została wykryta przez służby specjalne Kanady. W 1962 r. WSW zrezygnowała ze współpracy z Pawłowskim. Powodem miały być jego nadmierna „gadatliwość” i chwalenie się działalnością wywiadowczą. Pod koniec lat pięćdziesiątych Pawłowski stał się jedną z największych gwiazd polskiego sportu i najwybitniejszym szermierzem świata. W 1956 r. na igrzyskach w Melbourne zdobył dwa srebrne medale w turnieju szablistów – indywidualnie i zespołowo. W 1957 został pierwszym polskim indywidualnym mistrzem świata w szermierce. W 1959 r. na mistrzostwach świata w Budapeszcie w drużynie zdobył tytuł mistrzów świata. W roku 1960 na igrzyskach w Rzymie wywalczył ze swoją grupą srebrny medal w szabli. Cztery lata później w Tokio zespołowo zdobył brązowy medal. W 1968 r. w Meksyku z kolei złoty medal w szabli. Dwukrotnie wygrywał w plebiscycie „Przeglądu Sportowego” na najlepszego polskiego sportowca, czterokrotnie zajmował w nim trzecie miejsce. Otrzymał tytuły najlepszego sportowca XXV- i XXX–lecia Polski Ludowej. Dzięki swoim osiągnięciom gościł na salonach stolicy, był zapraszany na wszystkie wydarzenia towarzyskie, bywał w willach komunistycznych notabli. Jako zawodowy żołnierz cieszył się też przywilejami. Po ukończeniu studiów prawniczych został zatrudniony w Wojskowej Akademii Politycznej w Warszawie. W 1969 r. wstąpił do PZPR; jak sam twierdzi, o członkostwo ubiegał się na polecenie wywiadu amerykańskiego. W 1973 r. został prezesem Polskiego Związku Szermierczego. Współpraca Pawłowskiego z CIA rozpoczęła się w roku 1964. Został zwerbowany podczas wyjazdu na turniej szermierczy w Nowym Jorku. Według wspomnień jego samego spotkał się wówczas z agentem wywiadu, który przedstawił się jako Richard Kowalski. Amerykanin był dobrze poinformowany o działaniach Pawłowskiego w kontekście WSW. Zaproponował współpracę. Sportowiec nie udzielił odpowiedzi, jednak wbrew obowiązującemu w PRL prawu nie poinformował nikogo o próbie zwerbowania przez obcy wywiad. „Kowalski” ponownie spotkał się z szermierzem w tym samym roku na turnieju we włoskiej Padwie. Tam Pawłowski zgodził się na współpracę i podpisał pokwitowanie odbioru 100 dolarów. Zrobił to pod pseudonimem Paweł. Jego pierwszym zadaniem miało być rozpracowanie Inspektoratu Szkolenia MON, w którym był zatrudniony. W 1965 r., podczas turnieju w Brukseli, Amerykanie zaproponowali Pawłowskiemu szkolenie wywiadowcze, które mogłoby się odbyć we Francji. Pretekstem miałaby być wycieczka na południe tego kraju. Miała wziąć w niej udział także żona szermierza. Po zwycięstwie w mistrzostwach świata w Paryżu Pawłowski uzyskał zgodę na przedłużenie pobytu we Francji i wyjechał na Riwierę. Tam spotykał się z agentami CIA, ale zamiast szkoleń poświęcał czas głównie na informowanie o działalności swojego wydziału MON. Amerykanów szczególnie interesowały wyjazdy oficerów PRL do Wietnamu. Chcieli również, by Pawłowski wrócił do współpracy z komunistycznym kontrwywiadem. W ciągu kolejnych kilku lat niemal każdy międzynarodowy turniej szermierczy był okazją do kontaktów pomiędzy CIA a polskim szermierzem. W planach CIA ich ukoronowaniem miała być ucieczka Pawłowskiego na Zachód. Przekazywane przez niego informacje były mało istotne, ale „zdrada” najwybitniejszego szermierza bloku wschodniego byłaby sporym sukcesem wizerunkowym. Pawłowski jednak odmówił. Kompromitująca dla kontrwywiadu PRL jest swoboda, z jaką Pawłowski rozmawiał z Amerykanami. Po aresztowaniu sportowca attaché wojskowy w Brukseli, późniejszy szef Żandarmerii Wojskowej płk Jerzy Jarosz, zeznawał, że wiedział o wizytach Pawłowskiego w hotelu President. Wszyscy dyplomaci w Brukseli mieli świadomość, że to punkt spotkań agentów wywiadu belgijskiego. Nie wyciągnął jednak z tego żadnych wniosków. Podejrzeń kontrwywiadu nie wzbudził też powszechnie znany fakt posiadania przez Pawłowskiego ogromnego, jak na warunki PRL końca lat sześćdziesiątych, zasobu dolarów. Wiedział o tym jego sąsiad, aktor Gustaw Holoubek, w 1968 r. znajdujący się w polu zainteresowań Pawłowskiego, który wyczerpująco informował CIA o wydarzeniach marcowych. Holoubek uważał, że Pawłowski zajmuje się przemytem. Inni zaś wierzyli w wersję przedstawianą przez samego sportowca, który deklarował, że w zachodnich kasynach sprzyja mu szczęście. Ponad dekadę zajęło peerelowskim kontrwywiadowcom rozpracowanie Pawłowskiego. 23 kwietnia 1975 r. w podwarszawskich Pyrach wpadł w ręce kontrwywiadu wojskowego. Służby te rozpracowały go w ramach akcji o kryptonimie Gracz. Mistrz szermierki z kolei inaczej przedstawiał swój koniec kariery szpiegowskiej. Zaznaczał, że sam zgłosił się do służb, wiedząc, iż jest już spalony. Miał nadzieję na łagodniejszy wymiar kary. Na ponad miesiąc Pawłowski „wyparował” z peerelowskich salonów. 13 czerwca „Trybuna Ludu” lakonicznie poinformowała, że sportowiec podejrzewany jest o szpiegostwo. Szybko rozkręcono kampanię propagandową. „Zdrada ojczyzny, zbrodnia szpiegostwa – działania przeciw podstawowym interesom obrony kraju – musi wywoływać tym surowsze potępienie, gdy czynu tego dopuszcza się człowiek, któremu Polska Ludowa umożliwiła wykształcenie, rozwijanie zamiłowań i wykorzystanie talentu sportowego, awans społeczny i dostatni byt, sukcesy i sławę w ulubionej dyscyplinie sportu” – napisano w „Żołnierzu Wolności”, organie propagandy Ministerstwa Obrony Narodowej. Wywiad PRL wyolbrzymiał również znaczenie Pawłowskiego i twierdził, że Amerykanie żałowali straty „cennego agenta”. Przeczyła temu suma niecałych 2 tys. dolarów, które otrzymał przez ponad dekadę. Dla przeciętnego obywatela Polski Ludowej była to jednak kwota zawrotna. Podczas przesłuchań fechmistrz poddał się bez walki. Wystarczyły trzy dwugodzinne spotkania ze śledczymi, aby Pawłowski przyznał się do działań na rzecz Amerykanów i ujawnił wiele szczegółów. Swoją współpracę usprawiedliwiał „szantażem ze strony CIA”. Rok później, czyli w kwietniu 1976, nie mógł liczyć na wyrozumiałość wojskowych sędziów. Poza 25-letnią odsiadką został pozbawiony praw publicznych na dziesięć lat i zdegradowany do stopnia szeregowego. W więzieniu w Barczewie trafił do celi z kryminalistami. W raportach dyrekcji podkreślano, że Pawłowski próbował „buntować” młodszych więźniów przeciwko władzom PRL, a w trakcie transmisji sportowych obrażał zawodników ZSRS. Słynny szablista zniknął nie tylko ze świata ludzi wolnych. Przestał istnieć w mediach. Embargo zostało przełamane dopiero w 1982 r. Wówczas udzielił wywiadu telewizyjnego czołowemu propagandyście stanu wojennego Markowi Barańskiemu. Wyraził skruchę i poparł wprowadzenie stanu wojennego. Niesłusznie liczył na złagodzenie wyroku. Dopiero dwa lata później Jerzy Pawłowski znów okazał się władzom PRL potrzebny. Tym razem nie chodziło o propagandę sukcesu (polskiego sportu), lecz o wymianę. Sportowiec i czterej inni agenci CIA, odsiadujący karę w Polsce, mieli zostać wymienieni na skazanego w USA agenta komunistycznego wywiadu Mariana Zacharskiego. Wcześniej Pawłowski na własną prośbę został ułaskawiony przez Radę Państwa. W 1985 r. wraz z pozostałymi szpiegami przewieziono go specjalnym transportem do Niemiec. W ostatniej chwili przed wymianą odmówił przejścia na amerykańską stronę. Powiedział, że woli pozostać w Polsce. Po zwolnieniu z więzienia powrócił do sportu. W krajowych turniejach pokonywał wielu znacznie młodszych zawodników. Po 1989 r. nie znalazł sobie miejsca w nowej rzeczywistości. W książce „Najdłuższy pojedynek. Spowiedź szablisty wszech czasów – agenta CIA” pisał, że w Polsce za dużo zostało ze starego systemu bezpieczeństwa. Władzom III RP miał za złe, że nie traktowano go jak bohatera. W środowisku sportowym był zaś traktowany w bardzo różny sposób. Wielu uważało go za zdrajcę, inni niemal zupełnie pomijali ten aspekt jego biografii i skupiali się tylko na jego osiągnięciach zawodowych. W ostatnich latach życia Jerzy Pawłowski zajmował się swoją drugą pasją – malarstwem. Jego pogrzeb na cmentarzu w Falenicy miał charakter prywatny, ale byli na nim obecni przedstawiciele Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Więcej do przeczytania – w serwisie historycznym
Józef Pawłowski (ur. 29 sierpnia 1990 roku w Nowym Dworze Mazowieckim) – polski aktor filmowy, telewizyjny i dubbingowy. Spis treści 1 Życiorys 2 Role w dubbingu Filmy Seriale Gry komputerowe Filmy animowane Seriale animowane 3 Linki zewnętrzne Życiorys Absolwent Akademii Teatralnej w Warszawie (2013). Jest wnukiem szermierza Jerzego Pawłowskiego i aktorki Teresy Szmigielówny. Jego starszy brat Stefan również jest aktorem. Wystąpił między innymi w filmie Jack Strong w reżyserii Władysława Pasikowskiego, gdzie razem z bratem wcielał się w postać Waldemara Kuklińskiego, syna głównego bohatera filmu – pułkownika Ryszarda Kuklińskiego. Jego najważniejszą rolą była dotąd główna rola w filmie wojennym Miasto 44 w reżyserii Jana Komasy, gdzie wcielił się w postać Stefana Zawadzkiego. Źródło opisu: Wikipedia (treść udostępniona na licencji Creative Commons. Zobacz autorów artykułu). Role w dubbingu Filmy Rok Tytuł Rola Aktor w wersji oryginalnej 2009 Harry Potter i Książę Półkrwi 2012 Hobbit: Niezwykła podróż Frodo Baggins Elijah Wood 2014 Noe: Wybrany przez Boga Sem Douglas Booth 2014 Wojownicze żółwie ninja Donatello Jeremy Howard 2015 Bella i Sebastian 2 Mechanik Jeffrey Noel 2015 Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy Yolo Ziff Stefan Grube 2016 Doktor Strange Terapeuta Kobna Holdbrook-Smith 2016 Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć Credence Barebone Ezra Miller 2016 Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów 2016 Wojownicze żółwie ninja: Wyjście z cienia Donatello Jeremy Howard 2017 Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara Henry Turner Brenton Thwaites 2017 Power Rangers 2017 Spider-Man: Homecoming Flash Thompson Tony Revolori 2017 Valerian i Miasto Tysiąca Planet Valerian Dane DeHaan 2017 Zamiana Gunner Malloy Callan Potter 2018 Dziadek do orzechów i cztery królestwa 2018 Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda Credence Barebone Ezra Miller 2018 Kurz, pot i łzy Dez Truss DeRon Horton 2018 Robin Hood: Początek Robin Hood Taron Egerton 2019 Spider-Man: Daleko od domu Flash Thompson Tony Revolori Seriale Rok Tytuł Rola Aktor w wersji oryginalnej 2012 Przygody Sary Jane (teleTOON+) Clyde Langer Daniel Anthony 2016 Królestwo Tamtych Belac Dale Whibley 2016 Lost & Found Music Studios Jude DeShaun Clarke 2016 Zoey 101 Lafe (odc. 34-35) Jarron Vosburg Brian (odc. 36) Greg (odc. 39) 2017 Luźne lejce Marcus Bruce Herbelin-Earle 2018 Alexa i Katie Lucas Mendoza Emery Kelly Gry komputerowe Rok Tytuł Rola Aktor w wersji oryginalnej 2012 XCOM: Enemy Unknown Voodoo 1-3-7 Cywile 2013 Battlefield 4 Marine na Walkirii #2 2013 Disney Infinity Nova / Sam Alexander Logan Miller 2014 Sunset Overdrive Chandler Scott Menville 2017 Call of Duty: WWII Starszy szeregowy Robert „Red” Daniels (większość kwestii) Brett Zimmermann 2017 LEGO Marvel Super Heroes 2 Koi Boi Agent Venom Flash Thompson Kowboj 2017 Need for Speed: Payback Aki Kimura 2019 Days Gone Porucznik Simpson 2020 Cyberpunk 2077 Angel 2020 Marvel’s Avengers Filmy animowane Rok Tytuł Rola Aktor w wersji oryginalnej 2015 Flintstonowie: Wielkie łubu-dubu Dino Eric Bauza Hoppy Bamm-Bamm 2017 Gantz:O Jōichirō Nishi Tomohiro Kaku 2017 Kocur Taco Demet Evgar 2017 LEGO Batman: Film Dick Grayson / Robin Michael Cera 2017 Twój Vincent Armand Roulin Douglas Booth 2018 Uprowadzona księżniczka Lucek Seriale animowane Rok Tytuł Rola Aktor w wersji oryginalnej 2014 Wujcio Dobra Rada Miły Misiek (odc. 41) Audie Harrison 2016 Magi: Adventure of Sinbad Sindbad Daisuke Ono 2016 Rick i Morty Muchacho (odc. 20) 2017 Big Mouth Matthew Andrew Rannels 2017 Brickleberry Duke Pała John DiMaggio 2017 Dzień, w którym Heniś poznał... Linki zewnętrzne Józef Pawłowski w polskiej Wikipedii Józef Pawłowski w bazie Filmwebu
Przez niego Breżniew wpadł w szał, a Gierek nieomal dostał zawału. Z polskiego mistrza zrobili wroga publicznego nr 1 Data utworzenia: 25 listopada 2021, 19:20. To był skandal, który zatrząsł w posadach "przyjaźnią" polsko-radziecką. I sekretarz Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego Leonid Breżniew wpadł w szał, a jego wasal, rządzący wtedy Polską Edward Gierek o mało nie przepłacił awantury zawałem. 23 kwietnia 1975 r. Służba Bezpieczeństwa zatrzymała majora Jerzego Pawłowskiego, najwybitniejszego szablistę wszech czasów. Postawiono mu zarzut współpracy z wywiadem amerykańskim. Jerzy Pawłowski Foto: Mieczyslaw Świderski / Szok partyjnych kacyków był tym większy, że szermierz Legii Warszawa był ikoną sportu, dumą całego bloku państw komunistycznych, prawdziwą maszynką do zdobywania medali. Przystojny, elokwentny, szarmancki, bywały w świecie Jerzy Pawłowski był stawiany za wzór socjalistycznego sportowca. Międzynarodowa Federacja Szermiercza uznała go nawet za szablistę wszech czasów. Nic dziwnego, że Breżniew był tak wściekły, że odsunął polskie władze od nadzoru nad śledztwem, a potem nad procesem szermierza. Postępowanie sądowe było całkowicie kontrolowane przez generałów z Kremla. Jerzy Pawłowski - polski James Bond Komunistom zależało na przedstawieniu Pawłowskiego w jak najgorszym świetle, żeby naród przestał go postrzegać jako pupilka władzy, mistrza olimpijskiego z Meksyku (1968 r., konkurs indywidualny), trzykrotnego srebrnego medalistę igrzysk (Melbourne 1956 – indywidualnie i w drużynie, Rzym 1960 – w drużynie) oraz zdobywcę brązu w konkursie drużynowym w Tokio w 1964 r., a także siedmiokrotnego mistrza świata. Kremlowi marzyło się, by na szermierza zaczęto patrzeć jak na zdrajcę, który sprzedał się imperialistom. Było to wierutne kłamstwo, bo Pawłowski za pracę dla wywiadu USA nie chciał i nie wziął od Amerykanów nawet centa. Jednak kto wtedy by w to uwierzył i kogo, tak naprawdę, to by wówczas obchodziło? Dla komunistów ważne było wyłącznie to, by zohydzić ludziom, uważanego przez lata za nieskalanego, wybitnego sportowca. Jerzy Pawłowski ostateczną decyzję o współpracy z CIA podjął wiosną 1964 r. podczas turnieju we włoskiej Padwie. Przyjął pseudonim operacyjny "Paweł". Był diabelnie skuteczny, bo wyprowadzał w pole komunistów aż przez dziewięć lat. Od początku 1975 r. szermierz czuł jednak, że pętla na jego szyi zaciska się coraz bardziej. Podejrzewał, że jest obserwowany, obawiał się o życie własne i rodziny. By uchronić najbliższych przed konsekwencjami swoich działań, do chwili aresztowania utrzymywał przed żoną w tajemnicy, że jest agentem CIA. Dzień po swoich imieninach Pawłowski wstał bladym świtem i pojechał do siedziby polskiego kontrwywiadu przy ulicy Oczki w Warszawie. Niepewny tego, co go może spotkać, zdesperowany w trosce o bezpieczeństwo żony i syna, zmęczony nieustannym czuwaniem, życiem w ciągłym napięciu, przyznał się do pracy na rzecz amerykańskiej Centralnej Agencji Wywiadowczej. Zrobił to, bo wiedział, że w CIA był rosyjski kret. Komunistyczny kontrwywiad nigdy na niczym go nie złapał. Niczego nie potrafiono mu udowodnić. Zgłaszając się na Oczki, Jerzy Pawłowski był pewien, że jego zeznania nie wyrządzą krzywdy mocodawcom z USA, bo przez ostatnie dwa lata pozostawał w "uśpieniu". Polski mistrz w więziennej celi. "Byłam dumna z męża" Proces Jerzego Pawłowskiego trwał rok. W tym czasie sportowiec był osadzony w X Pawilonie aresztu śledczego przy ulicy Rakowieckiej w Warszawie. - W założeniu dziesiąty Pawilon był miejscem odosobnienia dla więźniów politycznych. W praktyce, mąż siedział w celi z najgorszymi przestępcami - opowiadała pani Iwona Pawłowska, żona sportowca, na łamach książki "Sport zza krat". - Złodzieje, mordercy, a nawet chorzy psychicznie. Tylko dzięki temu, że Jurek miał bardzo silny charakter, nie poddał się próbom dominacji ze strony współwięźniów. Co więcej, to on starał się ich resocjalizować - mówiła kobieta. - Jeśli dochodziło do sprzeczek, to tylko w obrębie celi. Nie jest prawdą, że mąż był poddawany torturom, że znęcano się nad nim fizycznie, o czym alarmowały zachodnie media. Nic takiego nie miało miejsca. Jeśli Jerzego dręczono, to głównie psychicznie - podkreślała. Pawłowski siedział w czteroosobowej celi. Po wyjściu z więzienia w wywiadach często był pytany, czy za karatami mógł liczyć na pomoc ze strony CIA. - Odpowiadał, opisując następującą historię. Siedział z nim chory psychicznie człowiek, który każdej nocy wdrapywał się na kraty i kręcąc korbą, wywoływał niesamowity hałas. Kiedy inni więźniowie zrywali się na równe nogi, ten z rozbrajającym uśmiechem wyjaśniał, że właśnie... dzwoni do babci. Pewnego dnia na spacerze, Jurek wziął go na bok i konspiracyjnym szeptem powiedział: - Waldek, dziś nie dzwoń do babci, bo ma do mnie dzwonić CIA. Ów Waldek posłuchał prośby męża i od tamtej pory noce były już spokojne. Tak to CIA pomogło Jerzemu - opowiadała z uśmiechem Pawłowska. Esbecja próbowała różnych sposobów, by skłonić swojego najsłynniejszego więźnia do mówienia. Notorycznie w celi Pawłowskiego umieszczano konfidentów, którzy mieli go zachęcić, a jak to nic nie da, zmusić do zwierzeń. On miał jakiś szósty zmysł i zazwyczaj bez pudła rozpoznawał szpicli. Nie dał się sprowokować. Do ogłoszenia wyroku, rodzina szermierza rzadko dostawała zgodę na widzenia. - Zabierałam na nie syna. Miałam dwa wyjścia: albo ukrywać przed nim, że ojciec siedzi, przez co mógłby mieć do mnie w przyszłości ogromny żal, albo powiedzieć mu prawdę. Wybrałam drugie rozwiązanie. Dziecko chodziło ze mną do więzienia - wyjaśniała lekarka. I podczas jednego ze spotkań Michał zapytał męża: - Tatusiu, a dlaczego właściwie ty tutaj jesteś? A mąż na to: - Fajne masz jeansy. - No, fajne. - A to są jakie jeansy? - Amerykańskie. - A nie wolałbyś ruskich? - No coś ty, tatusiu?! - To dlatego tutaj siedzę, bo też nie chcę ruskich w Polsce. W tak prosty sposób mąż wyjaśnił synowi, dlaczego nie ma go z nami w domu - opowiadała pani Iwona. Małżonka sportowca, na pytanie, czy miała żal do męża o to, że decydując się na ryzyko bycia agentem, w pewnym momencie musiał poświęcić życie z nią i małym dzieckiem, bez chwili wahania odpowiadała: - Nigdy! Członkowie mojej rodziny, niedługo po wojnie, szli do więzienia za to, że walczyli o Polskę wolną od sowieckiego okupanta. Są sprawy wymagające najwyższego poświęcenia. Byłam dumna z męża. Pani Iwona zabierała syna na widzenia z jeszcze jednego powodu. - W więzieniu było beznadziejne jedzenie. Ojciec na przykład uzupełniał białko... polując na gołębie. Jak ptak wleciał przez okienko do celi, to go łapał, a potem gotował w puszce po konserwach. Zapamiętałem, że kiedy wyszedł z kryminału, to bardzo długo strasznie szybko jadł. Kiedy my z mamą dopiero siadaliśmy do stołu, on już był po obiedzie. Na Rakowieckiej, a potem w Barczewie przyzwyczaił się, że jeśli nie zje w określonym przez regulamin czasie, to strażnicy zabiorą posiłek, a on będzie głodny. W więzieniu, aby zaoszczędzić czas, nie gryzł, tylko od razu przełykał, często bardzo gorące jedzenie - mówił syn Jerzego Pawłowskiego, Michał. - Więc gdy odwiedzaliśmy tatę, ja robiłem za kuriera. Bo mnie przy wejściu do kryminału nie sprawdzano. Przenosiłem mu jedzenie pod... koszulką. Kiedyś zażyczył sobie suszonych śliwek. W PRL-u to był rarytas nieosiągalny do zdobycia. Uruchomiliśmy przyjaciół w Niemczech. Przesłali nam te śliwki, które potem wniosłem na widzenie i podałem mu pod stołem. Tata nawet nie zdawał sobie sprawy, ile wysiłku kosztowało zdobycie dla niego tego przysmaku - dodawał syn mistrza olimpijskiego z Meksyku. Na Rakowieckiej Pawłowski, trochę dla zabicia czasu, trochę z miłości do sztuki, zaczął malować. Pierwszy stworzony za kratkami obraz szablista zatytułował "Za jeden uśmiech mojej żony". Trafił na honorowe miejsce do salonu pani Iwony. Przedstawia alejkę w zimowej scenerii, otoczoną z obu stron drzewami. Jest piękny i jedyny w swoim rodzaju. Niepowtarzalny, bo... - Ojciec namalował go pastą do zębów zmieszaną z tuszem wyciśniętym z wkładów do długopisów. Dopiero po procesie władze więzienia zezwoliły, byśmy przynosili mu farby – wyjaśniał Michał. Malarstwo było trzecią, po rodzinie i szermierce, wielką miłością Jerzego Pawłowskiego. Pierwszą grafikę, zatytułowaną "Człowiek śpiący na ławce", wykonał, będąc małym chłopcem, jeszcze za okupacji. Zarobione na jej sprzedaży 100 złotych oddał rodzicom. Proces i wyrok Proces Jerzego Pawłowskiego odbywał się przed sądem wojskowym. Za zamkniętymi drzwiami. - Bardzo się bałam, że mąż zostanie skazany na karę śmierci. Był oficerem Wojska Polskiego. Oskarżano go o pracę dla obcego wywiadu. W armii nie ma większej zbrodni. Dlatego spodziewaliśmy się najgorszego - z drżeniem w głosie wspominała wydarzenia sprzed wielu lat pani Iwona. - Wyrok zapadł w Moskwie. Poznałam go, zanim został ogłoszony. Dobry kolega, który pracował w Komitecie Centralnym partii, w największym sekrecie wyjawił mi, że Jurek dostanie 25 lat oraz zostanie zdegradowany z majora do szeregowca. I choć, przynajmniej w teorii, wiedziałam, czego się spodziewać, to stojąc pod drzwiami sali, w której mąż był sądzony, 8 kwietnia 1976 r., trzęsłam się z niepokoju. Kiedy sędzia ogłosił wyrok, po raz pierwszy w życiu zemdlałam - relacjonowała. - Ten proces to był jeden wielki cyrk. Oprócz tego, że zarzucano mi współpracę z Amerykanami, do której się przyznałem, próbowano wmówić mi, że byłem też agentem izraelskiego Mossadu. Wyrok 25 lat, był dla mnie jak dożywocie – opowiadał sam szermierz na łamach książki "Najdłuższy pojedynek. Spowiedź szablisty wszech czasów – agenta CIA". Jerzy Pawłowski w trakcie ogłaszania postanowienia sądu miał 43 lata. Jeżeli odsiedziałby cały wyrok, przy założeniu, że nie zostałby zgładzony w kryminale, to wyszedłby z więzienia w wieku 68 lat... Mając takie perspektywy, nie trudno się załamać, popaść w depresję, zacząć myśleć o samobójstwie. - To nie Jurek. On na pewno by się nie załamał, bo nie był sam. Miał nas. Bez względu na to, co by się nie działo, jak wielkie szykany by go spotkały, przetrwałby je dla nas. Wiedział, że jeśli będzie trzeba, to poczekamy na niego nawet 25 lat - zapewnia żona sportowca. We wspomnieniach z tamtego okresu szermierz wielokrotnie podkreślał, jak bardzo jest dumny z żony, którą też chciano zwerbować do współpracy z SB. "(...) Iwonka stanowczo odmówiła. Nalegania nic nie dały (…) Jeszcze próbowali jej podstawić zawodowego podrywacza z Wojskowej Służby Wewnętrznej, specjalistę od zdobywania kobiet. Ale już na pierwszym spotkaniu, które zaaranżowano w kawiarni, powiedziała, że nie są w jej typie nadmiernie przystojni bruneci, a poza tym nie lubi wielbicieli, którzy zaczynają kontakt od zainstalowania mikrofonu pod jej domowym tapczanem. Amant więcej się nie pojawił (...)" - pisał w swojej książce szermierz. Jerzy Pawłowski zdradził również, że po wyroku jego sportowy kolega, niemiecki szermierz Walter Koestner, zainicjował zbiórkę na rzecz wykupienia polskiego mistrza olimpijskiego z więzienia. Zebrał na ten cel niebagatelną kwotę czterech milionów dolarów. Nie udało się, esbecy za bardzo bali się mocodawców z Moskwy, a Rosjanie uważali, że to dla nich sprawa honorowa i na żadne układy pójść nie chcieli. Pod celą w Barczewie Jerzy Pawłowski tak opisywał pobyt w tym ciężkim więzieniu pod Olsztynem: "(…) Potem było parę lat w Barczewie. Za moich czasów było tam dwóch porządnych naczelników, ale też i paru wyjątkowo nikczemnych. Konfidentów również nie mniej niż w więzieniu na Rakowieckiej. Tyle że byli inni. Z najróżniejszych środowisk - wśród nich niemało kryminalistów, a nawet morderców. Ci także współpracowali z organami, stosując, powiedzmy to tak, niekonwencjonalne metody. Jeżeli to przeżyłem, to tylko dlatego, że byłem zdeterminowany. Raczej dam się zabić, niż złamać. Ale przedtem ja też postaram się zabić (…). Jednym z naczelników był taki osobnik o sadystycznych skłonnościach, niejaki Nowak. Przyjeżdżających w odwiedziny, potrafił przetrzymywać pod bramą zakładu i po kilka godzin (…)”. - Mąż znał kilka języków, dlatego podczas spacerów parę razy rozmawiał z hitlerowskim zbrodniarzem Erichem Kochem. Podczas jednej z konwersacji były pan i władca Prus Wschodnich z rezygnacją w głosie wyznał Jurkowi: "Ja już stąd nie wyjdę..." - opowiadała pani Iwona. Żona multimedalisty śmiała się, że mąż zawarł w Barczewie przyjaźnie, które przetrwały lata. To dzięki żonie szermierz wrócił na Rakowiecką. Pani Iwona uruchomiła wszelkie możliwe znajomości, by przenieść męża do Warszawy. - Pomógł nam wielki aktor i ojciec chrzestny Michasia, Gustaw Holoubek. Był posłem i na sejmowym korytarzu zaczepił nowego I sekretarza partii Stanisława Kanię. Przedstawił mu warunki, w jakich odbywa karę Jerzy i poprosił o zmianę więzienia. Kania się zgodził - relacjonowała. Wymiana na "moście szpiegów" 2 listopada 1984 r. Pawłowski został przewieziony z Rakowieckiej do tajnego ośrodka Służby Bezpieczeństwa w Śródborowie pod Otwockiem. - Tam przetrzymywany był również Lech Wałęsa, o czym, ponoć, nie wiedział nawet IPN. Mąż nadal był pilnowany przez czterech funkcjonariuszy, ale po dziesięciu latach w kryminałach wracał do sił w luksusowych warunkach. Okazała willa z kucharką, pięknym ogrodem, salonem, kolorowym telewizorem. Mogliśmy co tydzień go odwiedzać - wspominała pani Iwona. - Co ciekawe, Jurek był już wtedy ułaskawiony, tylko ani my, ani mąż o tym nie wiedzieliśmy. Jednego razu siedzieliśmy w salonie, naturalnie z obstawą, i oglądaliśmy relację z procesu zabójców księdza Jerzego Popiełuszki. W pewnym momencie nie wytrzymałam i głośno zapytałam: - Boże, jak można zabić człowieka na rozkaz?! A jeden z BOR-owców z kamienną twarzą mi odpowiedział: "Droga pani, jakby ktoś mi kazał zabić pani męża, to też bym zabił" - opowiadała. - Wtedy ojciec nie wytrzymał i rzucił: - To uważaj skur******, bo ja cię mogę zabić bez rozkazu - dodawał syn szablisty. - To był przełomowy moment. Tata ich sobie poustawiał i odtąd, aż do końca pobytu ojca w Śródborowie atmosfera była zdecydowanie lepsza. "Borowiki” przekonali się, że mają do czynienia z człowiekiem o żelaznych zasadach i okazywali tacie szacunek - mówił Michał. Do wymiany doszło 11 czerwca 1985 r. Zanim nastąpiła, znów musiała działać pani Iwona. - Kiedy już było wiadomo, kiedy nastąpi wylot do Berlina, oświadczyłam esbekom, że zgodzę się na wymianę, ale tylko pod warunkiem, że polecę z mężem, a zaraz po niej wrócimy do Polski - relacjonowała. - A jest pani pewna, że mąż wróci ? - ze złośliwym uśmiechem zapytał jeden z funkcjonariuszy. - "Na sto procent!" - odparłam zdecydowanym tonem i zażądałam, żeby mi pokazali paszport Jerzego. I wtedy okazało się, że ktoś tam na górze nad nami czuwa. Może babcia, może Pan Bóg, nie wiem... Bo mężowi wydano paszport w jedną stronę. Oni sobie założyli, że nie wpuszczą Jurka z powrotem do kraju. Ostatecznie oboje otrzymaliśmy właściwe paszporty i odlecieliśmy do Niemiec. W Berlinie zostałam w hotelu, a mąż wraz z grupą jeszcze kilku ludzi, pojechał na spotkanie z Amerykanami - wspominała pani Iwona. Kiedy pozostali agenci, którzy mieli zostać wydani przez KGB jankesom, wsiedli do podstawionego autokaru, Jerzy Pawłowski pozostał w busie, którym dowieziono szpiegów na miejsce spotkania. Wcześniej poinformował eskortujących go funkcjonariuszy STASI (wschodnioniemiecka tajna policja – przyp. pd), że wraca do Polski. Spokojnie czekał na Amerykanów. Gdy przedstawiciele wywiadu USA pojawili się, szermierz ruszył w ich stronę, a potem tak opisał spotkanie na słynnym moście Glenicke między leżącym w NRD Poczdamem a Berlinem Zachodnim: "(…) Dopiero po dość długim czasie – dla mnie ten czas wydawał się nieskończonym - widzę, że w moją stronę kieruje się trzech mężczyzn. Amerykanie! (…) Wzruszenie dławi mi gardło, nie potrafię swobodnie mówić. Więc jednak nie zapomnieli! Wymusili moją wolność, moje prawo wyboru. Wymusili na komunie, od której nie uzyska się nic bez noża na gardle. Nie zdradzili mnie. Do końca byli wobec mnie lojalni (…)". Mimo namów i nalegań, by sportowiec pozostał na Zachodzie, Pawłowski potwierdził wysłannikom CIA, że nie zmienił swojej decyzji. Nie przeszedł przez most na drugą stronę i wrócił do Warszawy. Cicha śmierć bohatera Rodzina Pawłowskich przetrwała szykany esbecji i wreszcie w 1989 r. doczekała się zmiany ustroju. Wtedy pan Jerzy już od pewnego czasu leczył ludzi. W więzieniu bowiem odkrył w sobie zdolności bioenergoterapeutyczne. Mieszkanie przy Wareckiej, a konkretnie przerobiony na gabinet pokój Michała, odwiedzały tłumy pacjentów z całego świata. Mistrz pomagał innym, walcząc jednocześnie o swoje zdrowie. Pokonał raka i borykał się z problemami z sercem. Mimo to pracował i malował do końca. 11 stycznia 2005 r. był jeszcze z żoną na przyjęciu w Centrum Olimpijskim, a godzinę po powrocie do domu zmarł. Żył głośno, z przytupem, a odszedł cichutko. Zdaniem wielu, tego dnia w przytulnym domku w Falenicy, na wieczną wartę odszedł żołnierz wyklęty, który ojczyznę ukochał tak mocno, że gotów był dla niej poświęcić rodzinę, karierę sportową i życie. Piotr Dobrowolski Historie polskich sportowców, których kariery przerwał pobyt w więzieniu autor tekstu opisał w książce "Sport zza krat". /7 Stanisław Dobrowiecki / PAP Jerzy Pawłowski był jednym z najwybitniejszych szablistów w historii tego sportu. Zdobył dla Polski złoto w Meksyku (1968 r., konkurs indywidualny), trzy srebra (Melbourne 1956 – indywidualnie i w drużynie, Rzym 1960 – w drużynie) oraz brąz w konkursie drużynowym w Tokio w 1964 r. Siedmiokrotnie zdobywał tytuł mistrza świata. /7 Mieczyslaw Świderski / /7 Werner / PAP W 1967 r. Międzynarodowa Federacja Szermiercza uznała Pawłowskiego za szablistę wszech czasów, /7 Jacek Kozioł / W latach 1970-1974 pełnił funkcję prezesa Polskiego Związku Szermierczego. /7 Mieczyslaw Świderski / W 1952 r. Pawłowski jako 20-latek został powołany do wojska i zaczął trenować w CWKS. Dosłużył się stopnia majora, ale w wyniku procesu za szpiegostwo został zdegradowany do stopnia szeregowca. /7 Mieczyslaw Świderski / Pawłowski sam przyznał się polskiemu kontrwywiadowi, że współpracuje CIA. Niepewny tego, co go może spotkać, zdesperowany w trosce o bezpieczeństwo Zrobił to, bo wiedział, że w CIA był rosyjski kret, który lada moment może go wydać. /7 Mieczyslaw Świderski / Pawłowski został skazany na 25 lat więzienia. Po 10 latach odsiadki został ułaskawiony i zwolniony w ramach wymiany szpiegów pomiędzy CIA a KGB. Nie chciał jednak wyjechać na Zachód. Został w kraju. Masz ciekawy temat? Napisz do nas list! Chcesz, żebyśmy opisali Twoją historię albo zajęli się jakimś problemem? Masz ciekawy temat? Napisz do nas! Listy od czytelników już wielokrotnie nas zainspirowały, a na ich podstawie powstały liczne teksty. Wiele listów publikujemy w całości. Wszystkie historie znajdziecie tutaj. Napisz list do redakcji: List do redakcji Podziel się tym artykułem:
Piotr Pawłowski (ur. 1966 r.) mieszkał i pracował w Warszawie. Od ponad 25 lat był aktywnym dziennikarzem, działaczem społecznym, pracującym na rzecz likwidacji barier architektonicznych, cyfrowych, społecznych i prawnych. Był ambasadorem przemian społecznych w naszym kraju. Twórcą i prezesem Fundacji Integracja i Stowarzyszenia Przyjaciół Integracji. Pawłowski był absolwentem Instytutu Studiów nad Rodziną Uniwersytetu im. Stefana Kardynała Wyszyńskiego i Podyplomowego Studium Etyki i Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Był doktorantem Szkoły Nauk Społecznych przy Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. Za swoje działania Pawłowski został uhonorowany Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Nagrodą im. Andrzeja Bączkowskiego, Medalem Rzecznika Praw Obywatelskich; Medalem Rzecznika Praw Dziecka. Premier Mateusz Morawiecki napisał: Z głębokim bólem przyjąłem wiadomość o śmierci Piotra Pawłowskiego, zasłużonego działacza na rzecz osób niepełnosprawnych, człowieka niezwykle aktywnego i oddanego innym ludziom. Wierzę, że jego wartościowa i tak ważna misja stworzenia Polski bez barier będzie kontynuowana. — Mateusz Morawiecki (@MorawieckiM) 8 października 2018 Źródło: PAP
piotr pawłowski syn jerzego pawłowskiego